Krime Story
Obs艂ugiwane przez us艂ug臋 Blogger.
- Halo, halo... Dzie艅 dobry... Obud藕 si臋...
- Daj mi spok贸j!
- Kamila wstawaj, bo nie zd膮偶ysz do szko艂y!
- Nie id臋 do 偶adnej szko艂y!
- Je艣li za艣pisz i nie zd膮偶ysz do szko艂y, dostaniesz zakaz u偶ywania telefonu!
- To kupi臋 sobie nowy!
- Kupisz sobie nowy telefon, jak b臋dziesz mie膰 w艂asne pieni膮dze, a p贸ki co jeste艣 na naszym utrzymaniu. Wstawaj!
- Jeste艣 wredna mamo! Tak cholernie wredna...
- Nie przeci膮gaj struny i nie wyra偶aj si臋 tak! Za 30 minut widz臋 ci臋 na dole, na 艣niadaniu.
Dziewczyna zakry艂a si臋 ko艂dr膮 po sam czubek g艂owy.
- Jeszcze chocia偶 3 minuty - pomy艣la艂a.
Wstawanie do szko艂y by艂o dla niej najgorszym koszmarem - por贸wnywalnym z utrat膮 nowego iPhone'a.
Otwieraj膮c powoli oczy pokryte warstw膮 czarnej kontur贸wki, zacz臋艂a budzi膰 si臋 do 偶ycia. By艂 s艂oneczny czerwcowy poranek. Za oknem 膰wierka艂y ptaki, a poza ich odg艂osami by艂o cicho i spokojnie. Przeci膮gaj膮c si臋 jak kot na satynowej po艣cieli, ziewa艂a, drapi膮c si臋 w zgrabny po艣ladek. Si臋gn臋艂a po kom贸rk臋, aby sprawdzi膰, czy przypadkiem 偶adna kole偶anka nie napisa艂a z jak膮艣 niecierpi膮c膮 zw艂oki spraw膮, ale telefon wskazywa艂 tylko godzin臋 6:30. Usiad艂a na 艂贸偶ku, czochraj膮c si臋 po blond w艂osach, jakby kolonia wszy zaatakowa艂a jej skalp.
Podesz艂a do okna i gdy upewni艂a si臋, 偶e ogrodnik dzisiaj ma wolne, wyj臋艂a z torebki czerwonego marlboro. Zaci膮gaj膮c si臋 jak stary palacz, nas艂uchiwa艂a, czy przypadkiem matka nie idzie ponagli膰 jej na 艣niadanie, ale za drzwiami panowa艂a cisza. Gdyby matka dowiedzia艂a si臋, 偶e pali, mia艂aby na pewno kar臋 - nie tylko na telefon. Utrzymywa艂a rodzic贸w w przekonaniu, i偶 jest grzeczna jak Kr贸lewna 艢nie偶ka.
Gdy sko艅czy艂a, spryska艂a pomieszczenie nowymi perfumami Chanel, a niedopa艂ek zawin臋艂a w papier toaletowy i spu艣ci艂a w ubikacji. Podesz艂a do toaletki i zakl臋艂a na widok niezmytego makija偶u, o kt贸rym zapomnia艂a, k艂ad膮c si臋 spa膰. Zamiast si臋gn膮膰 po waciki i p艂yn mineralny, wzi臋艂a do r臋ki kredk臋 i poprawi艂a kontur oka niczym Picasso - podkolorowuj膮c powieki innym odcieniem, 偶eby nie by艂o, 偶e to ten sam look co wczoraj. Pow膮cha艂a kosmyk w艂os贸w, stwierdzaj膮c, 偶e nie jest tak 藕le, aby musia艂a my膰 g艂ow臋, wi臋c odkr臋ci艂a kurek i napu艣ci艂a wody do wanny z hydromasa偶em. Podesz艂a do ogromnej rozsuwanej szafy i zacz臋艂a przebiera膰 w galanterii niczym w ciucholandzie, z tym, 偶e niew艂a艣ciwe typy stroju l膮dowa艂y na pod艂odze za plecami, bo przecie偶 sprz膮taczki u艂o偶膮 wszystko z powrotem.
- Trzeba si臋 odstrzeli膰, 偶eby sobie suki nie my艣la艂y - pomy艣la艂a z przekor膮.
Po kilku minutach grzebania skompletowa艂a str贸j w postaci sk贸rzanych opi臋tych spodni od Versace i obcis艂ej bluzki z Zary opinaj膮cej jej kr膮g艂e piersi. Ca艂o艣膰 dope艂ni艂a sk贸rzana ramoneska od Elizabetty Franchi. Modnie.
Na hi-fi zapu艣ci艂a nowy kawa艂ek Beyonce, na艣laduj膮c przed lustrem ruchy z teledysku i przera藕liwie fa艂szuj膮c refren. Wygibasy wprawi艂y j膮 w lekk膮 zadyszk臋, wi臋c uda艂a si臋 z powrotem do 艂azienki, gdzie piana o ja艣minowym zapachu prawie wylewa艂a si臋 z wanny. Spi臋艂a w艂osy i wesz艂a do wody, sprawdzaj膮c, czy aby nie jest za gor膮ca ani za zimna. By艂a idealna.
- Ach...! Najmilsza cz臋艣膰 poranka.
Si臋gn臋艂a po maszynk臋 do golenia. Nie przestaj膮c zawodzi膰, zacz臋艂a od n贸g, ko艅cz膮c na 艂onie. Le偶a艂a w gor膮cej wodzie wspominaj膮c tamtego ch艂opaka. Zamkn膮wszy oczy, si臋gn臋艂a d艂oni膮 mi臋dzy nogi i zacz臋艂a si臋 onanizowa膰. Marzy艂a o jego muskulaturze i silnym u艣cisku. Wyobra偶a艂a sobie, jak bierze j膮, szarpi膮c za w艂osy. Ruchy palcami stawa艂y si臋 coraz szybsze. Z nadchodz膮cego orgazmu wyrwa艂 j膮 krzyk matki z do艂u.
- Kamila, po艣piesz si臋!
- No, id臋! Ju偶 id臋...! - wrzasn臋艂a wyrwana z rozkosznego stanu, po czym, nie doko艅czywszy igraszek, si臋gn臋艂a po r臋cznik z grubej frotte.
Wytar艂a opalone cia艂o i podesz艂a do toaletki. Delikatnie przeczesuj膮c fryzur臋 - aby przypadkiem nie zerwa膰 tulejek, na ko艅cu kt贸rych by艂y doczepione w艂osy - wpatrywa艂a si臋 w swoje odbicie w lustrze.
- Jestem taka pi臋kna - pomy艣la艂a nieskromnie. - Jeszcze tylko par臋 ruch贸w lok贸wk膮 i voila!
Ponaglana zn贸w przez Matk臋 szybko ubra艂a si臋 i, nie zapominaj膮c o telefonie, zbieg艂a po schodach do kuchni.
- No, dzie艅doberek m贸j 艣pioszku - rzek艂 ojciec znad gazety.
- Dobry... dobry... - odpar艂a z grymasem.
- Jak co dzie艅, pi臋knie wygl膮dasz.
- Dzi臋ki tato.
- Kamila jedz szybko, bo znowu sp贸藕nisz si臋 do szko艂y. Tak dobra uczennica jak ty nie mo偶e si臋 tak zachowywa膰 - ponagla艂a matka.
Dziewczyna si臋gn臋艂a po pieczywo, nak艂adaj膮c na kromk臋 ciemnego chleba kupk臋 jajecznicy z przepi贸rczych jaj z dodatkami w臋dzonego 艂ososia.
- Tatooo? A rozmawia艂e艣 ju偶 z lud藕mi z klubu?
- Z jakiego klubu? - odpar艂 ojciec z pytaj膮c膮 min膮.
- Helooo! Za ponad miesi膮c mam osiemnastk臋! Pami臋tasz?! - rzek艂a pretensjonalnie z pe艂n膮 buzi膮, wykonuj膮c przy tym dziwny ruch r臋k膮 i g艂ow膮, niczym kura.
- Aaa...! Pami臋tam, pami臋tam, c贸rciu. Na dniach b臋d臋 widzia艂 si臋 z managerem klubu i wszystko dopniemy. OK?
- OK... A dostan臋 wreszcie auto? Pami臋tasz, 偶e chc臋 nowego mercedesa, tego takiego ma艂ego, co z przodu wygl膮da prawie jak tw贸j. Wiesz.
- Masz na my艣li now膮 A-klas臋. Zobaczymy. - U艣miechn膮艂 si臋 ojciec, mrugaj膮c okiem. - Na razie jedz szybciej, bo szko艂a czeka, a nauka to pot臋gi klucz!
- Szkoda, 偶e ty w moim wieku si臋 nie uczy艂e艣...
- To by艂y inne czasy i jestem m臋偶czyzn膮... Poza tym nie m臋drkuj, bo dostaniesz hulajnog臋 z Tesco!
- Kamilciu, skarbie, ko艅cz, a ja ju偶 id臋 po samoch贸d do gara偶u - ponagla艂a ponownie matka, kompletuj膮c kluczyki i drobiazgi do torebki. - Pa, Robert! Widzimy si臋 wieczorem - rzuci艂a w stron臋 m臋偶a, na co ten tylko skin膮艂 g艂ow膮.
Przed will膮 czeka艂a matka - w najnowszym porsche panamera turbo na czarnych 21-calowych felgach. Mijaj膮c basen, przejecha艂y przez bram臋 otwieran膮 na pilota i uda艂y si臋 w kierunku prywatnego liceum og贸lnokszta艂c膮cego imienia Adama Mickiewicza. Mijaj膮c r贸wnie okaza艂e wille, wybudowane na osiedlu Ptasim, kobiety rozmawia艂y o modzie, tipsach i silikonowych piersiach, kt贸re Kamila chcia艂a sobie zrobi膰. Matka obieca艂a, 偶e porozmawia z ojcem i je艣li si臋 zgodzi, to um贸wi c贸rk臋 ze swoim chirurgiem plastycznym, co wywo艂a艂o niema艂y entuzjazm u dziewczyny. Mijaj膮c przedmie艣cie, zajecha艂y pod og贸lniak.
- Jak wr贸cisz do domu, to pani Zosia zrobi ci obiad, a ja jad臋 do salonu. We藕 taks贸wk臋, bo nie dam rady po ciebie przyjecha膰. Pa!
- Mamo, nie zapomnia艂a艣 o czym艣?
- Aha, pieni膮dze! Booo偶e, nie mam przy sobie got贸wki. We藕 jedn膮 z moich kart kredytowych.
- Dzi臋ki. Pa, pa! - trzasn臋艂a drzwiami.
Liceum, do kt贸rego ucz臋szcza艂a Kamila, by艂o typow膮 prywatn膮 szko艂膮 bogatych dzieci ogromnie bogatych rodzic贸w. Jak w ka偶dej tego typu szkole czy uczelni najwa偶niejszym elementem nie by艂a nauka, a zdobyte koneksje. Zdobyte uk艂ady, po zako艅czeniu edukacji, usytuuj膮 pociechy na wysokim - kierowniczym stanowisku, b膮d藕 pozwol膮 na zarz膮dzanie rodzinnym maj膮tkiem. Uczniowie byli rozwydrzeni, do czego nauczyciele - zaspokajani grubymi kopertami, aby nauka toczy艂a si臋 prawid艂owym torem - przywykli. Ch艂opcy stylizowali si臋 na w艂a艣cicieli jacht贸w, a dziewczynki by艂y szykowne niczym modelki. Panowa艂a ostra konkurencja na zasadzie, kto ma lepsze ciuchy i kto ma wi臋cej kieszonkowego w portfelu. Wszyscy byli ''bananowymi'' dzieciakami udaj膮cymi doros艂ych ludzi.
Kamila, zamiast do klasy, uda艂a si臋 prosto do damskiej toalety. Ka偶dy dzie艅 lekcyjny rozpoczyna艂 si臋 rytualnie od papierosa, b膮d藕 skr臋ta z marihuany, a w oparach dymu kole偶anki wymienia艂y si臋 anegdotami i plotkami. Oczywi艣cie w toalecie panowa艂a selekcja i "cipowate" - jak je nazywa艂y - grzeczne dziewczynki nie mia艂y do niej wst臋pu. Tego dnia znajdowa艂o si臋 w niej kilka grupek uczennic.
- No, siemaaa!
- No, heej! - Rzuci艂y si臋 sobie na szyj臋, klaszcz膮c d艂o艅mi i podskakuj膮c jak pi艂eczki.
- Opowiadajcie, co tam u was!
- Aaa... ja mam przejebane po ostatniej imprezie, jak wr贸ci艂am z obrzyganymi w艂osami do domu. Ojciec si臋 tak wkurwi艂, 偶e prawie zabra艂 mi telefon, ale sko艅czy艂o si臋 na kilkudniowym uci臋ciu kieszonkowego. No, i mam ciot臋... - relacjonowa艂a Magda z klasy Kamili.
- No, co ty gadasz?! Przecie偶 jak si臋 rozsta艂y艣my, to wygl膮da艂a艣 ca艂kiem trze藕wo - odpar艂a skonsternowana Kamila.
- Wiem, ale ten mefedron mia艂 jaki艣 op贸藕niony zap艂on, chyba, bo w taryfie mia艂am straszny helikopter. A mo偶e to po tych pigu艂ach...? - zastanawia艂a si臋 Magda.
- Na nast臋pny raz musimy sobie za艂atwi膰 kok臋, bo mnie te偶 prawie nakryli. Stara 艣wieci艂a mi po oczach latark膮 ha, ha, ha! - szydzi艂a Kamila - ale jest na tyle niekumata, 偶e 艣ciemni艂am, 偶e to od dymu w klubie. Czujesz? - nabija艂a si臋 z matki.
- No raczej, raczej.
- A ty, Basia? Robi艂a艣 test ci膮偶owy? - zapyta艂y prawie ch贸rem Kamila i Magda.
- Robi艂am i na szcz臋艣cie nic nie wysz艂o. Przecie偶 starzy ujebaliby mi g艂ow臋, jakbym przytaszczy艂a bachora. Masakra! Ten bojek chyba strzela艂 艣lepakami, bo doszed艂 we mnie, a偶 mi si臋 po nogach la艂o ca艂y wiecz贸r! - rechota艂a Basia. - Ale fajny by艂... Zer偶n膮艂 mnie jak trzeba.
Na s艂owo ''r偶ni臋cie'' znowu zacz臋艂y si臋 chichra膰 i podskakiwa膰 jak pi艂ki pingpongowe, klaszcz膮c d艂o艅mi jak foki p艂etwami.
- A co ja tutaj maaaam?! - zapyta艂a retorycznie Magda, machaj膮c skr臋tem z marihuany.
- No, pierdolisz! Sk膮d masz? - zapyta艂a Kamila.
- Brat mi da艂. Podobno dobrze kopie.
- To dawaj, odpalaj stara, bo mi chuj od matmy zaraz b臋dzie pierdoli艂, 偶e znowu si臋 sp贸藕niam, pryk jebany - ponagli艂a Basia, wyrywaj膮c skr臋ta z d艂oni Magdy.
- Ej, dziewczyny, a mo偶e p贸jdziemy dzisiaj gdzie艣 na wagary?! - zaproponowa艂a Kamila. - Mam kart臋 od mamy, wi臋c mo偶emy zaszale膰 - kusi艂a, wymachuj膮c z艂ot膮 kart膮 kredytow膮 matki.
- Mi nie musisz powtarza膰 - skwitowa艂a Basia, odpalaj膮c jointa.
Nie przejmuj膮c si臋 ewentualn膮 kontrol膮 nauczycieli, dziewczyny doko艅czy艂y skr臋ta i niczym zjarane Anio艂ki Charliego wysz艂y ze szko艂y. Dy偶urnemu pilnuj膮cemu drzwi zostawi艂y st贸w臋, uczulaj膮c go, 偶e jakby kto艣 pyta艂, "zatru艂y si臋 i posz艂y do domu".
Magda, jako 偶e by艂a kilka miesi臋cy starsza, na osiemnaste urodziny dosta艂a nowiutkie bia艂e audi A4. Zaprosi艂a kole偶anki do wn臋trza samochodu, po czym z piskiem opon odjecha艂y spod szko艂y w kierunku centrum.
- To gdzie jedziemy? - zapyta艂a Magda.
- Jed藕my do Silesii na jaki艣 shopping, a p贸藕niej zobaczymy - zaproponowa艂a Kamila z oczami jak chi艅czyk.
- Hu, huuu! - krzykn臋艂a Basia, pog艂a艣niaj膮c utw贸r graj膮cy w samochodowym odtwarzaczu.
"If you a bad bitch put your hands up high, hands up high, hands up high''- na te s艂owa dziewczyny unios艂y r臋ce w g贸r臋, wymachuj膮c do rytmu.
- Kocham was, wy suuukiiii! - wrzasn臋艂a Magda, dociskaj膮c peda艂 gazu.
Poranek, a w艂a艣ciwie popo艂udnie nale偶a艂o do tych, kiedy Krime wola艂by wcale si臋 nie obudzi膰. G艂owa p臋ka艂a mu od nadmiaru whiskey, kt贸rej wypi艂 w nocy chyba z galon. Nos mia艂 ledwo dro偶ny przez marnej jako艣ci kokain臋, a pragnienie pali艂o gardziel jak diabli. Do tego duszno艣ci przeplatane delirycznymi drgawkami, a zamiast nubijskiej pi臋kno艣ci u boku, Wajcha chrapi膮cy jak zepsuty ci膮gnik.
- Zajebi艣cie - pomy艣la艂 Krime.
Z miernym skutkiem pr贸bowa艂 przywo艂a膰 wspomnienia minionej nocy. W g艂owie pojawia艂y si臋 retrospekcje w postaci zdj臋膰 b膮d藕 stop-klatek obrazuj膮cych imprez臋 u Kosmatego. Przeb艂yski pami臋ci przedstawia艂y sceny jak z ''Las Vegas Parano''. Kreski na zlewie... ci臋cie. Toasty z gwinta... ci臋cie. Kr膮g艂y ty艂ek nabity na jego penisa... ci臋cie. Lataj膮ce w powietrzu stoliki, szklanki... ci臋cie. Wymioty spadaj膮ce do kibla jak wodospad... ci臋cie.
- Co tam si臋, kurwa, dzia艂o! - krzycza艂 w my艣lach.
Zwlekaj膮c si臋 z 艂贸偶ka jak pacjent po operacji, podszed艂 do okna, by uchroni膰 si臋 przed wpadaj膮cymi do wn臋trza pomieszczenia promieniami s艂o艅ca. 艢wiat艂o pali艂o go w oczy i sk贸r臋, przyprawiaj膮c o md艂o艣ci. Czu艂 si臋 jak Hrabia Dracula po orgii z udzia艂em dziewic. Mimowolnie spojrza艂 na d艂onie odrapane na kostkach, ubarwione dodatkowo plamami zasch艂ej krwi, kt贸ra na pewno do dziewic nie nale偶a艂a. W drodze powrotnej do 艂贸偶ka odbi艂 si臋 od stolika i niczym pikuj膮cy samolot wpad艂 z powrotem w pielesze.
- O偶e偶 ja pierdol臋! - zaskomla艂, szturchaj膮c 艣pi膮cego obok kumpla, ale ten nie wykazywa艂 oznak 偶ycia. - Marek... Marek, we藕 si臋 obud藕... Marek, kurwa! - mamrota艂, szamocz膮c wsp贸lnika za rami臋.
- Yyy... eeyyy... Co, co jeeest? - odpar艂 ledwo 偶ywy kompan, odklejaj膮c si臋 od poduszki.
- Jajco...! 呕yjesz?
- Yyy... ja pierdol臋臋臋, gdzie jeste艣my?
- W pa艂acu Szeherezady... A gdzie, kurwa, mo偶emy by膰? U mnie... - szydzi艂 troch臋 bardziej rozbudzony Krime.
- Co si臋 wczoraj dzia艂o... Co si臋 tam, kurwa, dzia艂o... - zacz膮艂 Wajcha, obracaj膮c si臋 do ziomka z zamkni臋tymi oczyma.
- Ja, w艂a艣nie, 艣rednio pami臋tam...
- Przecie偶 ty jeste艣 powa偶nie jebni臋ty! Po co wyp艂aci艂e艣 li艣cia temu, jak mu tam... Ja sobie dupczy艂em jak trzeba na pokoju i s艂ysz臋 jak lec膮 ju偶 szklanki, wi臋c ledwo badeje za艂o偶y艂em... i wpadam na sal臋, a tam ju偶 haja, bo on ten, jak mu tam... by艂 z jakimi艣 peda艂ami i zacz臋li ci臋 oprawia膰. No to wjebali艣my w nich jak Hanka w kartony, 偶e ledwo si臋 pozbierali. Ale Kosmaty kaza艂 nam si臋 zawija膰, bo rozjebali艣my mu bar. 艢wirze ty... he, he, he!
- Bez kitu? Co艣 kojarz臋, 偶e jakie艣 g艂upie 偶arty mia艂, co艣 pierdoli艂, 偶e mnie wiatr porwie, to dosta艂 plaskacza i si臋 zacz臋艂o, chyba...
- He, he, he! No, chyba, he, he, he! Ale jak膮 suk臋 wczoraj dopad艂em, to jest koniec! - ekscytowa艂 si臋 Wajcha. - Silikony, usta zrobione, dupka jak marzenie, mmm... Chuj tam, 偶e wzi臋艂a 400... warto by艂o.
- Ja to moj膮 wspominam od dupy strony tylko... - Obaj zarechotali po chwili ciszy. - Praktycznie nic nie pami臋tam...
- Ale zafurcza艂 ci - szydzi艂 Wajcha - czy flopik?
- We藕, go艅 si臋! - odpar艂 stanowczo, ale z u艣miechem Krime, siadaj膮c na 艂贸偶ku.
- Ha, ha, ha... ale jeste艣my jebni臋ci, ha, ha, ha...! - Marek zwija艂 si臋 ze 艣miechu. - Ty, kt贸ra jest godzina?! - krzykn膮艂, otwieraj膮c oczy jak po zastrzyku adrenaliny w serce.
- Po 13, a co?
- Kurwa jego ma膰! Z Ba艣k膮 idziemy dzisiaj na imieniny jej matki! W pizdu, ale mam lip臋! - Szamota艂 si臋 Marek, wystrzeliwszy z 艂贸偶ka jak kot, na cztery 艂apy. - Lec臋, bo przecie偶 ona mnie ze偶re 偶ywcem! - krzycza艂, pr贸buj膮c za艂o偶y膰 buta i podskakuj膮c na jednej nodze.
- Dobra, le膰, le膰...! Ona to ma do ciebie zdrowie, facet...
Pomimo szybkiego rynsztunku, Wajcha wygl膮da艂 jak po偶al si臋 Bo偶e w wygniecionym longsleevie z plamami krwi na ko艂nierzyku, kt贸ry odpru艂 si臋 do po艂owy podczas walki. Fryzura przypomina艂a ptasie gniazdo g艂askane na darmo, by u艂o偶y艂o si臋 w co艣 konstruktywnego. Twarz napuchni臋ta jak balon. Obaj wygl膮dali jak zombie po ataku na Los Angeles. W progu obr贸ci艂 si臋 na pi臋cie, cisn膮艂 w kierunku stolika znajom膮 kulk臋 ze srebrnej folii i mrugaj膮c okiem rzek艂 do Krime'a:
- To ci臋 postawi na nogi! Arrivederci amigo! - Po czym znikn膮艂, trzaskaj膮c drzwiami.
Krime zastanawia艂 si臋, po co mu dziewczyna, skoro i tak za plecami robi swoje. Nawet gdy zamieszka艂 z Ba艣k膮, to i tak g艂贸wnie nie by艂o go w domu, a potrafi艂 znika膰 nawet na trzy - cztery dni, po czym wraca艂 z bukietem kwiat贸w zerwanych pod blokiem, kajaj膮c si臋 jak szczeniaczek.
- Jego sprawa, jego 偶ycie. - skwitowa艂 w my艣lach.
Po wyj艣ciu przyjaciela chcia艂 podej艣膰 do lod贸wki, ale przecie偶 jej nie mia艂. Na kuchennym miniblacie znalaz艂 kilka kromek suchego chleba i resztki pasztetu, ale po wmuszeniu w siebie paru k臋s贸w popitych star膮 col膮 pobieg艂 do ubikacji, kt贸ra jeszcze bardziej spot臋gowa艂a wymioty. Widok swej twarzy w ma艂ym lusterku ukaza艂 mu rany bojowe w postaci siniaka pod okiem i rozci臋tej wargi, kt贸rych wcze艣niej nawet nie odczu艂. Kr贸tk膮 chwil臋 patrzy艂 w swoje oczy, ale nie zni贸s艂 w艂asnego spojrzenia zbyt d艂ugo. Nie lubi艂 siebie i swojej twarzy. By艂 stosunkowo przystojnym ch艂opakiem, ale nie dopuszcza艂 do siebie tej my艣li. Postanowi艂 wzi膮膰 prysznic, cho膰 woda wydawa艂a si臋 odpychaj膮ca na tle dreszczy i drgawek co jaki艣 czas przeszywaj膮cych jego cia艂o. Gor膮ce strugi sp艂ywaj膮ce po sk贸rze os艂abia艂y go jeszcze bardziej. Wsparty d艂o艅mi i czo艂em o brudne kafelki trwa艂 przez d艂u偶sz膮 chwil臋 w umys艂owej pustce. Gdy pod wp艂ywem temperatury podgrza艂a si臋 krew w jego ciele, zacz膮艂 sapa膰 i 艂apa膰 powietrze jak karp, z trudem nie trac膮c przytomno艣ci. Ze sznurka rozci膮gni臋tego pod sufitem zdj膮艂 ostatni膮 sztuk臋 czystych bokserek zmaltretowanych wielokrotnym praniem w wys艂u偶onej frani, po czym, drepcz膮c jak kaczka, uda艂 si臋 z powrotem do ciasnego pokoju.
Z kilkunastominutowej drzemki wyrwa艂a go syrena policyjnego wozu przeje偶d偶aj膮cego obok bloku. Czy by艂a to stra偶, czy karetka, wn臋trzno艣ci zawsze podchodzi艂y mu do gard艂a jakby zaprogramowane strachem. Zerwa艂 si臋 do okna, obserwuj膮c, czy przypadkiem radiow贸z nie zaje偶d偶a pod klatk臋, ale str贸偶e prawa pomkn臋li dalej - przez rondo przy Spodku w stron臋 Koszutki. Dawka strachu obudzi艂a go na dobre, wi臋c o spaniu ju偶 nie by艂o mowy. Dobrze zna艂 ten sygna艂 nieraz s艂yszany za plecami. Zasiad艂 do tego samego co zawsze stolika i plastikow膮 kart膮 z Tesco nakre艣li艂 kilka kresek tej samej substancji, kt贸rej po cz臋艣ci zawdzi臋cza swoje marne samopoczucie.
Sam nie wiedzia艂 dlaczego tak cz臋sto si臋ga艂 po kokain臋, ale chyba chcia艂 si臋 znieczuli膰, ciele艣nie i mentalnie. Ucieka艂 od rzeczywisto艣ci w krain臋 wysokiego stanu euforii. Ten stan uzale偶ni艂 go ju偶 dawno temu, a kokaina by艂a praktycznie codzienno艣ci膮 w jego 偶yciu. Jak zwyk艂 mawia膰: ''艢wiat na trze藕wo jest nie do przyj臋cia''.
Towar na tyle postawi艂 go na nogi, 偶e postanowi艂 wyj艣膰 na miasto w celu odnalezienia sprawcy skrzep贸w krwi w nozdrzach. Wczoraj obieca艂 sobie, 偶e go z艂apie i wyperswaduje r臋cznie, aby takiego g贸wna wi臋cej mu nie wciska艂. Zawsze by艂 s艂owny, nawet w stosunku do siebie. Si臋gn膮艂 po telefon, ale abonent nie odpowiada艂.
- Pewnie kanalia w艂膮czy si臋 dopiero wieczorem - pomy艣la艂 - ale nie zaszkodzi zrobi膰 rundy po dzielni w nadziei, 偶e mo偶e gdzie艣 si臋 trafi.
Chowaj膮c w kieszeni kastet, mocno zasznurowa艂 buty i po cichu wyszed艂 z mieszkania. W windzie obklejonej na przemian wlepkami GieKSy i Ruchu napotka艂 starsz膮 kobiet臋 z r贸wnie starym psem, lecz odwr贸ci艂 si臋 do niej plecami, przeciskaj膮c si臋 przed ni膮 do wyj艣cia. Kobieta ten gentlema艅ski gest skwitowa艂a s艂owami: ''Ale偶 ta dzisiejsza m艂odzie偶 jest kulturalna'', na co Krime przystan膮艂, obr贸ci艂 si臋 i zimnym z艂owrogim spojrzeniem spod byka u艣wiadomi艂 jej, i偶 nie jest w najlepszym nastroju na takie komentarze. Kobieta znaj膮c osiedlowe realia i dzisiejsz膮 m艂odzie偶, wzi臋艂a kundelka na r臋ce i szybkim krokiem wyprzedzi艂a szarmanckiego m艂odzie艅ca.
By艂 wkurwiony. Kac przeistoczy艂 si臋 w stan, w kt贸rym lepiej go nie zaczepia膰. By艂 wkurwiony na wszystko. Wychodz膮c z klatki rozejrza艂 si臋 po okolicy, czy aby przypadkiem nie czai si臋 gdzie艣 policja i szybkim krokiem, mocno zaciskaj膮c kastet w kieszeni, uda艂 si臋 w kierunku katowickiego centrum. Pod膮偶aj膮c wzd艂u偶 bloku nuci艂 frazy rapowego utworu" ''...nie ma s艂o艅ca b贸g o nas zapomnia艂...'', jakby autor o pseudonimie Kali wiedzia艂, jak wygl膮da jego okolica.
Superjednostka. Tak d藕wi臋czn膮 nazw臋 nosi艂 postkomunistyczny moloch, w kt贸rym przysz艂o mu pomieszkiwa膰. By艂 jednym z najwi臋kszych blok贸w na terenie Polski. Mieszka艂o w nim par臋 tysi臋cy ludzi, a przekr贸j towarzystwa zaczyna艂 si臋 od normalnych obywateli pracuj膮cych od 8 do 17 po z艂odziei i prostytutki gnie偶d偶膮ce si臋 w kilkunastu agencjach mieszkaniowych. Blok t臋tni艂 偶yciem do p贸藕nych godzin nocnych i nierzadko z okna lecia艂 telewizor b膮d藕 stara kanapa, kt贸rej nie chcia艂o si臋 komu艣 d藕wiga膰 z wysokiego pi臋tra. Na skwerze 偶ule wychyla艂y kolejnego jabola, a umorusane dzieci gania艂y si臋 w berka, z przerwami na papierosa.
Min膮艂 si艂owni臋 znajduj膮c膮 si臋 w pobliskim blaszaku i oszklony biurowiec, kt贸ry latami straszy艂 mieszka艅c贸w swym szkieletem. Po艣r贸d asfaltu i p艂yt chodnikowych gdzieniegdzie znajdowa艂y si臋 skupiska trawy us艂ane psimi odchodami; nie brakowa艂o i ludzkich ekskrement贸w. W膮sk膮 alejk膮 uda艂 si臋 w kierunku dworca autobusowego, ale niebezpiecznie zbli偶a艂 si臋 do miejsca wczorajszej roboty, wi臋c skr臋ci艂 w kierunku Sokolskiej. Mija艂 student贸w i kobiety d藕wigaj膮ce tobo艂y z Biedronki. T艂um przechodni贸w by艂 ospa艂y, pozbawiony 偶ycia. Twarze ludzi - poszarza艂e i zm臋czone. Ka偶dy zmierza艂 w jakim艣 kierunku, z jednej strony nie zwa偶aj膮c na innych, cho膰 z drugiej z Polsk膮 w艣cibsko艣ci膮 zerkaj膮c po sobie. ''Tutaj gdzie 偶yjemy...'' - dalej nuci艂 wersy, rozgl膮daj膮c si臋 za poszukiwanym gagatkiem.
Omijaj膮c ulic臋 Sienkiewicza, od strony Sokolskiej wszed艂 na Opolsk膮, licz膮c na to, 偶e trefny diler gdzie艣 si臋 trafi, bo to by艂 jego rejon. Przeczucie go nie myli艂o. Sta艂 w bramie oddalonej o par臋dziesi膮t metr贸w. Rozmawia艂 z jakim艣 kole偶k膮 i dziewczyn膮, pr贸buj膮c co艣 do niej zagai膰. Krime, jak gdyby nigdy nic, poszed艂 w jego kierunku, zak艂adaj膮c kastet na palce.
Diler dostrzeg艂 go z odleg艂o艣ci kilku metr贸w i z u艣miechem od ucha do ucha krzykn膮艂:
''Seeeeemasz, mordeczko!
Krime kilkoma susami doskoczy艂 do niego, a gdy ten zorientowa艂 si臋, co si臋 艣wi臋ci, by艂o ju偶 za p贸藕no. Uderzenia spad艂y jak grad. Jeb, jeb, jeb! Rozw艣cieczony napastnik w furii wymierza艂 ciosy w jego twarz, wykrzykuj膮c:
- Co艣 mi, kurwa, pedale, wcisn膮艂?! - Dziewczyna zacz臋艂a krzycze膰, ale Krime sykn膮艂 do niej znad ofiary. - Zatkaj dup臋 i ci膮gnij st膮d kich臋! - Po czym zwr贸ci艂 si臋 do ch艂opaka stoj膮cego jak wryty. - Ty te偶 spierdalaj!
Zostali sami, a ca艂a akcja przenios艂a si臋 w g艂膮b bramy. Zawsze najpierw bi艂, a p贸藕niej rozmawia艂, wi臋c i w tym wypadku nie by艂o inaczej.
- Co to by艂a za koka, 艂ajzo?! Ile jarzeni贸wek st艂uk艂e艣, 偶eby mnie tym podsypa膰?! - krzycza艂 w furii Krime. - Ile?!
- No co ty, mordeczko... tfu!... yyy... tfu!... nic ci nie wsypa艂em, takie dosta艂em... tfu!... - t艂umaczy艂 si臋 diler, pluj膮c kawa艂kami z臋b贸w.
Krime wymierza艂 kolejne ciosy, gruchocz膮c delikwentowi ko艣膰 policzkow膮.
- Mam ci jeszcze lepiej od艣wie偶y膰 pami臋膰, gnoju?
- Cz艂owieku, prosz臋 ci臋, przesta艅... bo mnie zabijesz... tfu! - prosi艂 oszust z twarz膮 rozbit膮 jak Sylwester Stallone w Rockym.
- S艂uchaj mnie, 艂ajzo! Jeszcze raz mi dasz co艣 takiego, a ci臋, ty kurwo, potn臋 jak 艣wini臋 albo ubij臋 jak psa! Rozumiesz?!
- Tak... Tak... Rozumiem... Przepraszam... - skomla艂 przez 艂zy ledwo przytomny ch艂opak.
- Sram na twoje przepraszam! Dawaj za kar臋 towar i siano!
- Ale mordeczko...
- Jeb! - Znowu pad艂 cios zamieniaj膮cy miazg臋 w papk臋.
- Dobra... do... ych... dobra, mam w domu.
- Zapierdalaj! Czekam tutaj i lepiej wr贸膰, bo jak si臋 zwiatrujesz, to ju偶 wi臋cej nie b臋d臋 tak mi艂y! - odpar艂 Krime, wypuszczaj膮c jego fraki z 偶elaznego u艣cisku.
Pobity pad艂 na beton, czo艂gaj膮c si臋 i pr贸buj膮c nieudolnie wsta膰.
- Co si臋, kurwa, tak tarzasz?! Co, ty d偶d偶ownica jeste艣? Ruszaj dup臋, bo nie mam ca艂ego dnia. Albo wiesz co, p贸jd臋 z tob膮, bo ci k艂amliwa kanalio, nie ufam. Sam jeste艣?
- Sam... sam... mog臋 zadzwoni膰 po karetk臋? Patrz jak wygl膮dam! Po艂ama艂e艣 mi twarz... - szlocha艂 przez 艂zy.
- Chuj mnie to obchodzi! Trzeba by艂o nie kr臋ci膰 swojak贸w, szujo! Rusz dup臋, idziemy! - rozkaza艂 Krime.
Pom贸g艂 wsta膰 pobitemu dilerowi i udali si臋 w kierunku starej kamienicy, gdzie mie艣ci艂o si臋 mieszkanie Mr贸wy. Na schodach s膮siadka, pod drzwiami poj膮c mlekiem kota, wrzasn臋艂a:
- Bo偶e, Darku! Co si臋 sta艂o! Na Boga, jak Ty wygl膮dasz?!
- Koledze nic nie jest, lekko potr膮ci艂 go samoch贸d - odpar艂 Krime, udaj膮c, 偶e odprowadza go do domu.
- Olaboga! Dzwoni臋 po karetk臋! - P czym znikn臋艂a w mieszkaniu w poszukiwaniu telefonu.
Mieszkanie Mr贸wy nie r贸偶ni艂o si臋 zbytnio od lokum Krime'a. Ten sam syf, podobne warunki. Szlochaj膮cy Mr贸wa podszed艂 do ma艂ej lod贸wki, z zamra偶alnika wyj膮艂 pakunek mieszcz膮cy si臋 w d艂oni i przekaza艂 go Krime'owi.
- To wszystko co mam... Nie mam siana, bo wczoraj si臋 rozliczy艂em...
Krime - wiedz膮c, ze k艂amie - kilka razy przytrzasn膮艂 mu d艂o艅 drzwiami od lod贸wki, uszkadzaj膮c tym samym palce.
- S艂uchaj, 艂ajzo! Jest niedziela, mam du偶o czasu! Dalej chcesz si臋 bawi膰 ze mn膮 w ciuciubabk臋?! Gdzie hajs?!
Diler zwini臋ty w embrion p艂aka艂 jak zarzynane zwierz臋, trzymaj膮c si臋 za pogruchotan膮 d艂o艅.
- Tam s膮! Tam s膮, w barku! Ty skurwielu! Po偶a艂ujesz tego! Zobaczysz! Po偶a艂ujesz - odgra偶a艂 si臋 przez s艂one 艂zy Mr贸wa.
- Dobra, nie strasz, bo si臋 zesrasz... - odpar艂 ze stoickim spokojem Krime, udaj膮c si臋 do salonu.
Otworzywszy barek, zabra艂 plik banknot贸w. Barek kry艂 w sobie r贸wnie偶 liczne fanty pozostawione przez niewyp艂acalnych klient贸w, ale jego interesowa艂a tylko kasa. Poza tym fanty to przypa艂.
Po schowaniu 艂up贸w do kieszeni podszed艂 znowu do Mr贸wy i poklepuj膮c go lekko po policzku powiedzia艂:
- Mr贸weczko moja, to zostanie mi臋dzy nami. Prawda? Wiesz, 偶e to jest kara za 艣ciemnianie na porcjach i nara偶anie szanownych klient贸w na problemy ze zdrowiem, bo nikt nie chce wci膮ga膰 py艂u z 偶ar贸wki. Zapami臋tasz? Czy mamy spotka膰 si臋 w takich okoliczno艣ciach ponownie?
- Nie... znaczy tak... tak... zapami臋tam... - odpar艂, dr偶膮c jak osika, diler.
- To tymczasem, borem, lasem! - Krime pomacha艂, maszeruj膮c w stron臋 drzwi.
Na schodach znowu natkn膮艂 si臋 na s膮siadk臋, kt贸ra przez szpar臋 w drzwiach krzycza艂a:
- Kolega? Taaak? Ty bandyto, ty! Policja ju偶 tu jedzie! S艂ysza艂am, co tam Dareczkowi zrobi艂e艣! Ty gnoju, ty!
- Pani si臋 przes艂ysza艂a. Do widzenia pani.
- Ze stoickim spokojem opu艣ci艂 kamienic臋 i uda艂 si臋 w kierunku wylotu bramy. Wiedzia艂, 偶e kobieta zadzwoni艂a po karetk臋 i policj臋, ale wiedzia艂 te偶, 偶e Mr贸wa b臋dzie k艂ama艂, twierdz膮c, 偶e potr膮ci艂 go samoch贸d, bo konfidenci tutaj 偶ycia nie maj膮. Dzielnica rz膮dzi si臋 swoimi niepisanymi prawami, kt贸rych wszyscy musz膮 przestrzega膰. Konfidenctwo jest niewybaczalne, nawet w takich sytuacjach jak ta. Ze strony Mr贸wy nic mu nie grozi, ale je艣li pu艣ci farb臋, mo偶e by膰 problem z jego dostawcami. Oko za oko, z膮b za z膮b jest kolejnym prawem ulicy, gdzie 艂a艅cuch pokarmowy nie r贸偶ni si臋 od zwierz臋cego. Je艣li wchodzisz na ulic臋, musisz si臋 z tym liczy膰. To nie dla s艂abych maminsynk贸w. Tutaj rz膮dzi prawo pi臋艣ci plus uk艂ady i plecy. Jak nie masz psychiki, 偶eby w to grac, to haruj za 1200 z艂 miesi臋cznie. Krime nigdy nie chcia艂 tak sko艅czy膰. Cho膰by mia艂 zgina膰. Honor i ambicja nie pozwala艂y mu przyjmowa膰 polece艅.
Wracaj膮c t膮 sam膮 drog膮, si臋gn膮艂 po papierosa. Za plecami rozbrzmiewa艂 znajomy odg艂os syren. Zaci膮gn膮wszy si臋 g艂臋boko, delektowa艂 si臋 smakiem. Smakiem 偶ycia na dzielni. Smakiem kolejnego zarobku.

















Tej nocy nie m贸g艂 zasn膮膰. Rozmy艣la艂 o sytuacji, podczas kt贸rej ledwo wywin膮艂 si臋 od krymina艂u, a mo偶e nawet od 艣mierci. Mieszkanie na ostatnim pi臋trze wie偶owca s艂u偶y艂o mu za dziupl臋, w kt贸rej gromadzi艂, zrabowane dobra. Nie by艂o w nim niczego - poza 艂贸偶kiem, stolikiem i ma艂膮 komod膮. Jaki艣 uschni臋ty kwiatek przy oknie, boombox obok kineskopowego telewizora po艂膮czonego z konsol膮 PlayStation i og贸lny burdel dope艂niaj膮cy obraz, kt贸remu daleko by艂o do zasad feng shui. Wsz臋dzie wala艂y si臋 艣mieci i brudne ubrania. Ubikacja przypomina艂a stajni臋 Augiasza, a jej u偶ytkownik musia艂 zatyka膰 nos, by podczas za艂atwiania potrzeb fizjologicznych nie pu艣ci膰 pawia. Jego kobieta, a raczej latawica - jak sam zwyk艂 j膮 nazywa膰 - bywa艂a tam rzadko, a jej lewe do roboty r臋ce by艂y potwierdzeniem marnej akredytacji do bycia kim艣 wi臋cej ni偶 sporadyczn膮 dziewczyn膮 do 艂贸偶ka.
Do mieszkania zawsze wchodzi艂 po zmroku, by nie wzbudzi膰 podejrze艅 s膮siad贸w, utrzymuj膮c ich w ten spos贸b w przekonaniu, i偶 lokum pozostaje niezamieszka艂ym.
Le偶膮c pod st臋ch艂膮 ko艂dr膮, wpatrywa艂 si臋 w odrapany sufit, analizuj膮c wieczorne zdarzenie. Nie po to, by zaprzesta膰 procederu, ale by nie da膰 si臋 wi臋cej zap臋dzi膰 w podbramkow膮 sytuacj臋. Wiedzia艂, 偶e psy na pewno ju偶 go szukaj膮 i pomimo kaptura, kt贸ry troch臋 go maskowa艂, policja wie, jak wygl膮da, wi臋c b臋dzie musia艂 si臋 zaszy膰 na chwil臋 w mieszkaniu. Pope艂ni艂 spory b艂膮d, wybieraj膮c si臋 na robot臋 w miejsce dziel膮ce go od dziupli zaledwie par臋 przecznic. Na szcz臋艣cie psom w centrum nie brakuje roboty, wi臋c liczy艂, 偶e zdarzenie rozejdzie si臋 po ko艣ciach. By艂 przej臋ty jedynie faktem, i偶 nie czu艂 strachu, pokory czy obaw. Nie czu艂 niczego.
Obserwuj膮c dym unosz膮cy si臋 ze skr臋ta, kt贸rym koi艂 nerwy, my艣la艂 o kolejnym skoku b膮d藕 mo偶liwo艣ci wyrwania si臋 z marni codziennego 偶ycia w tej 艣mierdz膮cej klicie, niczym szczur. Pieni膮dze by艂y jedyn膮 rzecz膮, kt贸rej szczerze pragn膮艂 i to w nich upatrywa艂 zbawc臋 i boga. Chcia艂 wi臋cej.
Od momentu, gdy matka opu艣ci艂a ziemski pad贸艂, a ojciec gdzie艣 znikn膮艂, co艣 w nim p臋k艂o i bezpowrotnie odesz艂o. Na darmo pr贸bowa艂 przypomnie膰 sobie dzieci艅stwo. Ten traumatyczny okres swojego 偶ycia wymaza艂 z g艂owy jak zb臋dne pliki zalegaj膮ce na twardym dysku. Zreszt膮, co tu pami臋ta膰? Tward膮 r臋k臋 ojca na twarzy? Matk臋 ledwo wstaj膮c膮 ka偶dego ranka z 艂贸偶ka? Czy t臋 obskurn膮 alkoholow膮 melin臋, kt贸r膮 rodzice mieli czelno艣膰 nazywa膰 domem? Odk膮d si臋ga艂 pami臋ci膮, sam musia艂 sobie radzi膰, przepychaj膮c si臋 przez 偶ycie 艂okciami. Trwa艂o to ju偶 dobrych dziesi臋膰 lat, gdy jako trzynastolatek wyl膮dowa艂 na bruku. Ulica by艂a mu niczym matka, kt贸ra rozumia艂a go bez s艂贸w, i jak ojciec, kt贸ry karci艂 za b艂臋dy.
Pomimo losu bliskiego dnu, kocha艂 swoje 偶ycie, cho膰 tak naprawd臋 nie zna艂 znaczenia s艂owa mi艂o艣膰. Determinacja w drodze do celu, czyli lepszego 偶ycia, by艂a tak mocna, 偶e wszystko inne by艂o niewa偶ne, nawet je艣li kt贸rego艣 dnia mog艂o si臋 okaza膰, 偶e sko艅czy z kul膮 w potylicy. 艢mier膰 by艂aby te偶 pewnego rodzaju wybawieniem...
Gasz膮c niedopa艂ek jointa, spo艣r贸d opr贸偶nionych butelek po Jacku Danielsie i w贸dce wygrzeba艂 pust膮 paczk臋 po papierosach kryj膮c膮 w 艣rodku srebrne zawini膮tko ze sproszkowanym substytutem szcz臋艣cia. Rozsypuj膮c kokain臋 na opakowaniu p艂yty NWA ''Straight Outta Compton'', si臋gn膮艂 do zrabowanej torebki, kt贸ra jeszcze wczoraj nie nale偶a艂a do niego, i z pliku stuz艂ot贸wek wyj膮艂 jeden banknot, zwijaj膮c go w rulon. Zgarni臋ty 艂up by艂 mniejszy, ni偶 zak艂ada艂, ale wystarczaj膮cy na jaki艣 czas - pod warunkiem, 偶e nie poleci za bardzo w balet; a to lubi艂 prawie tak samo jak przest臋pczy proceder, kt贸rym si臋 trudni艂. Ten pies, kt贸ry pu艣ci艂 si臋 za nim, by艂 dobrym d艂ugodystansowcem i ma艂o brakowa艂o, 偶eby go dorwa艂.
- Nie tym razem. - U艣miechaj膮c si臋 pod nosem sam do siebie, wci膮gn膮艂 bia艂膮 kresk臋, krzywi膮c si臋, gdy 艣luz贸wk臋 dziurawi艂y drobinki py艂u z jarzeni贸wki. - Parszywy towar. Jebn臋 go w ryj, jak spotkam na dzielni - pomy艣la艂, poprawiaj膮c drug膮 kresk膮 ''na drug膮 nog臋'', jak zwyk艂 mawia膰.
Resztki niedoci膮gni臋tej substancji wtar艂 w dzi膮s艂a, jakby to by艂 mi贸d, i odpaliwszy papierosa podszed艂 pod okna, z kt贸rego rozci膮gn膮艂 si臋 widok na panoram臋 Katowic. Rozsun膮wszy brudne i przesi膮kni臋te dymem firany, patrzy艂 na miasto. Ten widok zawsze go uspokaja艂, ale powodowa艂 r贸wnie偶 g艂贸d w艂adzy i posiadania. By艂 pewien, 偶e przyjdzie taki dzie艅, i偶 to miasto b臋dzie nale偶a艂o do niego. Dos艂ownie i w przeno艣ni. Pomimo marnej pozycji w ulicznym p贸艂艣wiatku, liczy艂 na to, 偶e przyjdzie taki dzie艅, 偶e to dla niego b臋d膮 robi膰, a nie odwrotnie.
Kokaina sp艂ywa艂a mu do gard艂a, znieczulaj膮c jam臋 ustn膮. Euforia ogarnia艂a jego umys艂, a papieros smakowa艂 jeszcze lepiej ni偶 zazwyczaj. Wyobra偶a艂 sobie, jak sunie nowym mercedesem klasy S przez puste ulice 艣rednic贸wki przy akompaniamencie gangsta rapu z dwoma ekskluzywnymi prostytutkami na tylnym siedzeniu. W schowku obok gnata pliki dwustuz艂ot贸wek, a wsz臋dzie, gdzie podjedzie, b臋d膮 mu si臋 k艂ania膰 w p贸艂. Ka偶dy, kto mu podskoczy, z miejsca dostanie 艂omot, a jego ksywa b臋dzie budzi膰 szacunek i strach na mie艣cie. Taki by艂 Krime. Zepsuty i g艂odny nie na 偶arty.
Z rozmarzenia wyrwa艂 go dzwonek starej nokii, kt贸r膮 regularnie wymienia艂 na nowy aparat, unikaj膮c w ten spos贸b namierzenia przez organy 艣cigania. Zakopana w po艣cieli s艂uchawka wy艣wietla艂a na marnej jako艣ci wy艣wietlaczu liter臋 ''W'', czyli skr贸t dla kontaktu jego najlepszego ziomka, Wajchy. W razie gdyby telefon wpad艂 w niepowo艂ane r臋ce, chwil臋 zaj臋艂oby policji doj艣cie do tego, kto kryje si臋 pod jedn膮 z ostatnich liter alfabetu. Koka przedosta艂a si臋 do krwiobiegu, powoduj膮c nadpobudliwo艣膰 ruchow膮, wi臋c odechcia艂o mu si臋 spa膰. Postanowi艂 odebra膰 telefon.
- Halo. Co tam?
- Siemasz, byku! Co si臋 toczy? - zapyta艂 g艂os w s艂uchawce.
- W sumie to nic nowego, siedz臋 na kwadracie... Lekko zaszczepiony... - odpar艂 Krime przez 艣ci艣ni臋te gard艂o.
- No, to idealnie si臋 sk艂ada, bo mam co艣, co misie lubi膮 najbardziej!
- Dobra, to wpadaj, ale po cichu. Nie naruchaj przypa艂u... - instruowa艂 przyjaciela.
- Ok, b臋d臋 do p贸艂 godziny. Narka!
- Nara, nara...
Z Wajch膮 znali si臋 praktycznie od dziecka. Razem pierwsza bania, pierwszy skr臋t, pierwsze LSD i tabletki ecstasy. Pierwsza wsp贸lnie posuni臋ta dziewczyna i pierwsze kradzie偶e w sklepach spo偶ywczych. Z wygl膮du byli totalnym przeciwie艅stwem. 艢redniego wzrostu, lekko oty艂y Wajcha dzi臋ki kruczoczarnej czuprynie i ciemnej oprawie oczu zawsze gromadzi艂 przy sobie p艂e膰 pi臋kn膮. By艂 o dwa lata starszy od Krime'a i zawsze traktowa艂 go jak m艂odszego brata, kt贸rego sam nigdy nie mia艂. Dobrze zbudowany, zawsze wygl膮da艂 schludnie, jak Anglik z dru偶yny rugby nosz膮cy si臋 w koszulkach polo. W przeciwie艅stwie do Wajchy Krime by艂 szczup艂ym, wysokim szatynem, wiecznie w tym samym ''czarnym mundurku'' i znoszonych butach sportowych. Znacznie r贸偶ni艂 ich r贸wnie偶 charakter. Wajcha by艂 zawsze u艣miechni臋ty jak Joker, wiecznie tryskaj膮cy humorem o aparycji prowadz膮cego teleturniej, gdy Krime by艂 typem zamy艣lonego mruka o aspo艂ecznym charakterze - poprzez impulsywno艣膰 i nag艂e napady agresji. Krime'owi te r贸偶nice nigdy nie przeszkadza艂y i od momentu poznania zostali najlepszymi kumplami, a w p贸藕niejszym czasie - wsp贸lnikami. Gangsterski Flip i Flap rodem z XXI wieku.
Razem z Markiem, bo tak mia艂 na imi臋 Wajcha, do艣wiadczyli ulicy w pe艂nym tego s艂owa znaczeniu. Rami臋 w rami臋 przekonali si臋 o znaczeniu s艂owa ''braterstwo'', nieraz wystawianemu na pr贸b臋. Mieli tylko siebie i zasady. Uliczne zasady niemaj膮ce nic wsp贸lnego z normami moralnymi przeci臋tnego obywatela. Lojalni wy艂膮cznie w stosunku do siebie, niczym g艂odne samotne wilki przemierzaj膮ce asfaltowe prerie i betonowe lasy.
Krime by艂 d艂u偶nikiem honorowym Wajchy. Podczas jednego z napad贸w na lokalnego dilera, w celu zagrabienia jego narkotyk贸w i got贸wki, okaza艂o si臋, i偶 atrapa broni, kt贸r膮 si臋 pos艂u偶yli, nie wystarcza艂a, by sk艂oni膰 go do oddania towaru. Diler, nie do艣膰, 偶e by艂 nasterydowany do granic mo偶liwo艣ci - co uczyni艂o z niego mutanta - to nie szcz臋dzi艂 sobie u偶ywek. Koktajl medykament贸w i drag贸w sprawi艂, i偶 jego poziom agresji por贸wnywalny by艂 do czas贸w aktywnej Etny albo psychopaty pod wp艂ywem PCP. Rozw艣cieczony do granic mo偶liwo艣ci kafar rzuci艂 si臋 na Krime'a, nie zwa偶aj膮c na atrap臋 broni, kt贸ra w ferworze walki wypad艂a mu z r臋ki. Jego pi臋艣ci by艂y jak m艂oty i gdyby nie interwencja Wajchy, pewnie zat艂uk艂by go na 艣mier膰. Uwolniwszy si臋 z 艂ap karka, oprawcy zamienili si臋 w ofiary, rzucaj膮c si臋 do ucieczki, lecz diler nie my艣la艂, by pu艣ci膰 im p艂azem pr贸b臋 obrabowania go. Doby艂 broni z szafki i zacz膮艂 do nich strzela膰 jak do kaczek. Cho膰 wyrafinowanym strzelcem nie by艂, rani艂 Krime'a w nog臋, ale Marek po raz drugi tego wieczoru zachowa艂 si臋 jak na wsp贸lnika przysta艂o i nie zostawi艂 przyjaciela w opresji - na barana zani贸s艂 go w krzaki, w kt贸rych uda艂o im si臋 ukry膰. Tamtej nocy przypiecz臋towali swoj膮 przyja藕艅 jak braterstwo krwi - przy u偶yciu scyzoryka - a blizna na 艂ydce do dzi艣 przypomina Krime'owi, 偶e zawsze ma na kogo liczy膰. Ca艂a sytuacja nauczy艂a r贸wnie偶 m艂odych pan贸w, aby zainwestowa膰 w prawdziwe pistolety i ostre naboje i by nie wypuszcza膰 si臋 wi臋cej na grubego zwierza z plastikiem na kapiszony.
W oczekiwaniu na wsp贸lnika opr贸偶ni艂 do reszty srebrny pakunek, co sprawi艂o, 偶e wygl膮da艂 jak sowa. 艢wiadczy艂o to r贸wnie偶 o dodatkowej zawarto艣ci amfetaminy b膮d藕 efedryny w specyfiku, kt贸ry by艂 pono膰 w osiemdziesi臋ciu procentach kolumbijskiego pochodzenia. Okaza艂 si臋 jednak krajowym miksem z domieszk膮 koki.
- Ja temu dilerowi poka偶臋, co to Kolumbia, jak go dorw臋 - pomy艣la艂 poirytowany.
Pukanie do drzwi na nut臋 pi艂karskiego ''Ole, ole, ole'' 艣wiadczy艂o, i偶 pod drzwiami stoi Wajcha, wi臋c gospodarz szybkim krokiem podszed艂 do drzwi, przez judasza upewniaj膮c si臋, 偶e wpuszcza w艂a艣ciw膮 osob臋.
- No, siemasz, wariacie, mordeczko ty moja przebrzyd艂a! - Od progu krzycza艂 Wajcha z butelk膮 Jacka Danielsa w d艂oni.
- We藕, zamknij ryj, bo s膮siad贸w obudzisz - sykn膮艂 Krime, u艣ciskawszy przyjaciela.
- Co robimy? Co robimy? Ja Ci powiem, co robimy! Ubierasz si臋 i lecimy do Kosmatego, do baru, bo dzwoni艂, 偶e znajduj膮 si臋 tam mi艂e panie, czytaj kurewki, wi臋c lecimy, lecimy, nie 艣pimy! - zach臋ca艂 r贸wno ''wystrzelony'' jak pocisk Wajcha.
- Kurwa, Maru艣, nie chce mi si臋... My艣la艂em, 偶e zamulimy u mnie na plejaku, powci膮gamy co艣 i p贸jdziemy nad ranem w kim臋...
- Ty, we藕 nie 艣wiruj mi tu pawiana i sznuruj skoki, bo noc jeszcze m艂oda, a tutaj i tak sko艅czymy z porannymi ptaszkami.
- ...dobra, ale we藕 co艣 posyp, bo usypiam. - poprosi艂 Krime z oczami jak pi臋cioz艂ot贸wki.
- M贸wisz i masz. Daj jaki艣 podk艂ad i mo偶e by艣 wreszcie ogarn膮艂 ten bajzel, bo tylko g贸wna tutaj brakuje - szydzi艂 przyjaciel, rozgl膮daj膮c si臋 z kwa艣n膮 min膮 po mieszkaniu.
- Nie cyndol, jest jak w pa艂acu. - Zarechotali oboje.
Podczas ''kre艣lenia'' bia艂ych linii Krime opowiedzia艂 Markowi o wieczornym zaj艣ciu.
- Czai艂em si臋 d艂ugo na t臋 star膮 z monopolowego, bo wiedzia艂em, 偶e ma dobre utargi i wszystko posz艂oby g艂adko, gdyby nie napatoczy艂a si臋 psiarnia. Akurat jak wali艂em w szyb臋, to przeje偶d偶a艂y zenki i jeden z nich pu艣ci艂 si臋 za mn膮. Skurwysyn by艂 tak szybki, 偶e na ka偶dym winklu by艂 coraz bli偶ej, a wiesz, 偶e ja te偶 zapierdalam ca艂kiem nie藕le. No i lec臋, i lec臋, a ten, kurwa, kundel dalej za mn膮. I widz臋, 偶e mnie dochodzi, a ja czuj臋, 偶e zaraz si臋 zrzygam. Przez to wczorajsze 膰panie my艣la艂em, 偶e zjad臋, no i w ko艅cu musia艂em si臋 zatrzyma膰. A ten ju偶 zza plec贸w drze pizd臋 ''st贸j bo strzelam''. No to m贸wi臋: ''Chuj! Kaplica albo pucha''. No ale stoj臋 z t膮 samar膮 w d艂oni, bo wiadomo, 偶e nie puszcz臋 siana, he, he!, i czekam, 偶e mo偶e jako艣 si臋 fartnie i si臋 zerw臋. Czaisz, 偶e jego przydup chcia艂 zaj艣膰 mnie od drugiej strony, ale t臋py, jak ka偶dy kundel, tak podjecha艂 fur膮, 偶e zas艂oni艂 tamtego. To da艂o mi moment, 偶eby si臋 zwiatrowa膰. Zacz臋li do mnie grza膰, pach, pach, pach! Ale wiesz, 偶e jak ja lec臋, to mnie kule nawet nie dogoni膮, he, he! Skitra艂em si臋 w t艂umie jakiej艣 procesji i tyle mnie widzieli.
- Kurwa ma膰! No, to 艂adnie! Dobrze, 偶e nic ci nie jest, brachu! A kasa? - zapyta艂 dociekliwie Wajcha.
- Wszystko jest. - Krime mrugn膮艂 okiem. - Ponad dyszka, he, he! Mam te偶 co艣 dla ciebie, na farta. - U艣miechn膮艂 si臋, rzucaj膮c jak frisbee rulonem zwini臋tych banknot贸w.
- No, to pi臋臋臋knie! Dzi臋k贸wa, bracie! W takim razie, panie zarobas, dwa szczurki dla mnie i dwa... No, mo偶e trzy dla Ciebie! - rzuci艂 Marek z u艣miechem godnym Zygmunta Hajzera.
- Dawaj! Wal i lecimy, bo zaraz mi si臋 odechce... - wymrucza艂 Krime.
- Podano do sto艂u! - Gestem kelnera zaprosi艂 Wajcha.
Po opr贸偶nieniu worka i kilku g艂臋bszych whiskey Krime narzuci艂 swoj膮 ulubion膮 czarn膮 bluz臋 z kapturem i zasznurowa艂 znoszone czarne Air Maxy 90. Nie zapomnia艂 o czapce z daszkiem, kt贸ra kolorem nie odbiega艂a od reszty stroju. Gdyby nie ledwo widoczna spod kaptura twarz, kto艣 m贸g艂by wzi膮膰 go za murzyna, ale jak twierdzi艂, to jest jego kamufla偶 miejski i ''chuj komu do tego''. Wykonuj膮c nerwowe, nieskoordynowane ruchy 偶uchwami, wymskn臋li si臋 z mieszkania cicho jak z艂odzieje. Ca艂膮 konspir臋 zak艂贸ca艂o rechotanie Wajchy, ale cho膰 podnosi艂 Krime'owi ci艣nienie, to nie zamieni艂by tego 艣wira na nikogo innego. Prawdziwi przyjaciele do grobowej deski.
Pod klatk膮 czeka艂a na nich taks贸wka - butelkowy peugeot 406, a w nim zaznajomiony taryfiarz, kt贸ry w razie czego milcza艂by jak gr贸b. M艂ode wilki w drodze do pubu czu艂y si臋 na tyle swobodnie, 偶e nie 偶a艂owa艂y sobie towaru wci膮ganego wprost z woreczka. Mijaj膮c kamienice i osiedla, Krime w pewnym momencie zamilk艂 i - jak po naci艣ni臋ciu przycisku ''mute'' - przesta艂 s艂ysze膰 anegdoty wymieniane mi臋dzy pasa偶erami.
Znowu my艣la艂 o lepszym 偶yciu, do kt贸rego to drog臋 musi znale藕膰 jak najszybciej. Za wszelk膮 cen臋. Te marne grosze z r贸偶nych 藕r贸de艂 nie doprowadz膮 go na szczyt 艂a艅cucha pokarmowego, dlatego trzeba polecie膰 grubo.
Gdy miasto pogr膮偶one by艂o we 艣nie, on planowa艂. Jego 偶yciem rz膮dzi艂a zbrodnia, niczym nadany mu przydomek pisany przez K.
Tego wieczoru powietrze, zamiast 偶yciodajnymi proporcjami pierwiastk贸w, karmi艂o p艂uca szkodliwymi substancjami unosz膮cymi si臋 nad centrum Katowic. Toksyczna mikstura wydobywaj膮ca si臋 z samochodowych katalizator贸w osiada艂a na spoconej sk贸rze, wabi膮c muchy niczym s艂ony 艂ep. Kulawy pies dojada艂 na chodniku resztki jedzenia znalezionego w pobliskim 艣mietniku, a leniwe koty wylegiwa艂y si臋 na pokrytych sadz膮 parapetach. Dodatkow膮 atrakcj膮 dla nozdrzy by艂 smr贸d fekali贸w stoj膮cy w miejscu, jak i ten menel oparty o bram臋, kt贸ry majaczy艂 pod nosem do mijaj膮cych go oboj臋tnie przechodni贸w: ''Mo偶e ma pan drobn膮 z艂ot贸wk臋 lub dwie...''
Pi臋kno otaczaj膮cego krajobrazu dope艂nia艂y krzyki dobiegaj膮ce z ciasnych mieszkalnych klitek, gdzie z niewiadomych przyczyn ojciec terroryzowa艂 rodzin臋 偶o艂nierskim pasem, pytaj膮c grzecznie: ''Dlaczego, kurwa jego mac, zupa jest za s艂ona?''. Pi臋kno 艣l膮skich reali贸w w czystej, a raczej brudnej, postaci. Nic doda膰, nic uj膮膰..
***
On siedzia艂 w bezruchu. Wtopiony w betonowy krajobraz - jak kameleon, kt贸ry zapomnia艂 偶e opr贸cz czerni istniej膮 kolory. Czeka艂. Nie by艂y w stanie rozproszy膰 go nawet dzieciaki ganiaj膮ce si臋 z pistoletami na wod臋. Cierpliwie, jak 艣mier膰, czeka艂.
Spod kaptura b艂yszcza艂y dwa szmaragdy, hipnotyzuj膮c blaskiem odbitego w nich wschodz膮cego ksi臋偶yca w pe艂ni. Oddycha艂 wolno i miarowo, niczym wilk czyhaj膮cy w zaro艣lach na ofiar臋, kt贸ry pomimo g艂odu zachowuje zimn膮 krew. Tego 艂owcy jednak nie interesowa艂a krew. 艢ciskaj膮c w d艂oni metaliczny przedmiot, wpatrywa艂 si臋 w cel, od kt贸rego nic nie by艂o w stanie go odci膮gn膮膰.
Po drugiej stronie ulicy S艂owackiego ko艅czy艂 dzie艅 pracy w艂a艣cicielki sklepu monopolowego, zaliczaj膮cego jak co weekend spory utarg. Kobieta zbija艂a fortun臋 na m艂odzie偶y oraz sta艂ych bywalcach racz膮cych si臋 ca艂ym wachlarzem trunk贸w wyskokowych nabytych w drodze do pobliskich klub贸w lub obalanych po s膮siedzku. Mia艂a ju偶 serdecznie do艣膰 tego starego klarneta, kt贸ry za wy偶ebrane pieni膮dze pi艂 litrami tanie wino ''Patykiem pisane''. Na domiar z艂ego m臋czy艂 jej uszy tanimi komplementami podkre艣laj膮cymi jej urod臋 - cho膰 wiedzia艂a, 偶e lata 艣wietno艣ci ma ju偶 dawno za sob膮. Z drugiej strony schlebia艂y jej te epitety, bo jej stary dawno zapomnia艂 j臋zyka w g臋bie, o reszcie nie wspominaj膮c.
- Pani Halinko, hep! ja dla pani to bym wszystkie gwiazdy z nieba ukrad艂, hep!, i da艂 w prezencie, hep!. Niech pani s艂owo powie, a zanios臋 do auta na r臋kach, hep!
- Pan by艣 nawet sam si臋 nie dotoczy艂 do mojego samochodu, panie Mietku, wi臋c niech pan lepiej idzie spa膰, p贸ki kobita jeszcze chce na pana patrze膰.
- Eee tam! Moja to ju偶 dawno gdzie艣 w d艂ug膮 posz艂a, hep!, z tym kacapem spod sz贸stki, ale ja mu jeszcze, gnojowi, poka偶臋, hep!, gdzie raki zimuj膮... ''Sieeedem dziewcz膮t z Albatrosa ty艣 jeeedynaaa, dzi艣 pozosta艂 mii po tobie, hep!, smuuuutek 偶aaal...''.
- Dobranoc, panie Mietku! - odpar艂a, przekr臋caj膮c gerd臋 w zamku, po czym skierowa艂a si臋 w stron臋 starego opla, kt贸ry ju偶 za czas贸w RFN-u ledwo zipa艂.
Utarg, jak zawsze, nios艂a w torebce. Namierzenie w niej kluczyk贸w - pomi臋dzy tuszami do rz臋s, szminkami i ca艂膮 stert膮 zb臋dnych przedmiot贸w, o kt贸rych posiadaniu ju偶 dawno zapomnia艂a - by艂o nie lada wyczynem. Podczas niezdarnych pr贸b wy艂owienia p臋ku cz臋艣膰 kobiecego dobytku wypad艂a na chodnik, wi臋c natr臋tny Mieczys艂aw ju偶 rozp臋dza艂 si臋 z pomoc膮. Niestety pot臋偶na, wysokoprocentowa si艂a niczym magnes 艣ci膮gn臋艂a go z linii prostej na manowce w postaci kraw臋偶nika, z kt贸rego polecia艂 na 艂eb na szyj臋. B臋d膮c jednak do艣wiadczonym ''sportowcem'', zastosowa艂 jeden z pad贸w ratuj膮cy nos przed kt贸rym艣 z kolei z艂amaniem. Na Halinie nie zrobi艂o to szczeg贸lnego wra偶enia, bo wiedzia艂a, 偶e ten podstarza艂y amant ma wi臋cej 偶y膰 od podw贸rkowego kota, skupi艂a si臋 zatem na skolekcjonowaniu drobiazg贸w, kt贸re wypad艂y jej z torebki. Od samochodu dzieli艂o j膮 kilka metr贸w. W jej g艂owie ju偶 si臋 rozgrywa艂 kolejny odcinek ''Na Wsp贸lnej'', ale aby faktycznie go obejrze膰, musia艂a jeszcze dotrze膰 do domu, po drodze zatrzymuj膮 si臋 przy wp艂atomacie.
Gdyby tylko miejski zgie艂k nie u艣pi艂 jej czujno艣ci...
***
Ksyw臋 ''Szybki'' dosta艂 od koleg贸w na AWF-ie, gdzie studiowa艂, zanim si臋 dosta艂 do szko艂y w Szczytnie. Nigdy nie by艂 szczeg贸lnie lubiany ze wzgl臋du na zachowania zalatuj膮ce przesadnym heroizmem - typu kablowanie wyk艂adowcy, kto 艣ci膮ga艂 na kolokwium, albo p臋dzenie na ratunek mruczkowi niepotrafi膮cemu zej艣膰 z drzewa. Najwi臋ksz膮 zaleta Szybkiego by艂o to, 偶e byt faktycznie szybki. Cholernie szybko biega艂. Wygrywa艂 wszystkie biegi kr贸tkodystansowe, tak jak maratony, a dzi臋ki zwinnym nogom, migiem - jak gazela - uzyska艂 stypendium. Zwinno艣膰 w po艂膮czeniu z charakterem przyk艂adnego obywatela doprowadzi艂a go do celu, wymarzonego za dzieciaka, czyli zawodu policjanta. Stw贸rca nie obdarzy艂 go dedukcj膮 godn膮 Sherlocka Holmesa, ale g艂upi te偶 nie by艂, wi臋c z drog贸wki sprawnie ''dobieg艂'' za biurko. Papierkow膮 robot膮 nudzi艂 si臋 a偶 nadto, wi臋c poprosi艂 o przeniesienie w teren, aby m贸c zosta膰 prawdziwym ''chartem''. 艁apanie z艂odziei sta艂o si臋 jego specjalno艣ci膮. Los zawsze stawia艂 mu na drodze jakiego艣 dziesioniarza b膮d藕 kieszonkowca gdzie m贸g艂 wykaza膰 si臋 szybko艣ci膮 przebierania nogami. Jako 偶e uliczna reprezentacja z kondycj膮 sta艂a gorzej, Szybki - w tempie swego pseudonimu - sta艂 si臋 prawdziwym ''psem'' z zas艂ugami. Bia艂y Usain Bolt z odznak膮. Klimatyzacja w srebrnej kii jak zawsze by艂a nienabita. Pomimo doskwieraj膮cych upa艂贸w, by艂 to zb臋dny luksus, na kt贸ry bud偶et pa艅stwa nie pozwala艂. Wyposa偶enie polskiego ''charta'' by艂o skromne w por贸wnaniu do koleg贸w z zagranicy, ale Walther P99 by艂 wystarczaj膮c膮 pukawk膮 na rodzimego z艂odziejaszka z radiem pod pach膮. Na powa偶niejszych bandyt贸w Szybki, jak i jego bro艅, by艂 na razie za kr贸tki. Tego wieczoru jak zwykle pe艂ni艂 s艂u偶b臋 z partnerem siedz膮cym za kierownic膮, Wojtkiem Zawadzkim. Znali si臋 od kilku lat i wsp贸lnie prze偶yli wiele interwencji piecz臋tuj膮cych przyja藕艅. Mogli na siebie liczy膰, z tym, 偶e Wojtek potrafi艂 dobrze kr臋ci膰 k贸艂kiem, gdy Jacek Pasku艂ka aka Szybki by艂 niczym Forrest Gump. R贸wie艣nicy po trzydziestce uzupe艂niali si臋 wprost idealnie.
- M贸wi臋 Ci, Wojtku, nasi to graj膮, jakby chcieli, a nie mogli. Obrona kuleje, a atak ci膮gle niewystarczaj膮co nagina do przodu, 偶eby wreszcie strzeli膰 jak膮艣 bramk臋. Jedynie Lewy co艣 gra. Ci膮gle licz臋 na to, 偶e wreszcie zajdziemy gdzie艣 dalej ni偶 rozgrywki krajowe - m贸wi艂 z nadziej膮 Szybki.
- Aaa... szkoda gada膰. Anka ci膮gle si臋 z艂o艣ci, 偶e nie ma mnie w domu i 偶e pracuj臋 po nocach, ale ci膮gle jej t艂umacz臋, 偶e te pieni膮dze z nocnych zmian s膮 nam potrzebne, bo lada moment ma艂ego trzeba b臋dzie wys艂a膰 do przedszkola. My艣l臋, 偶e martwi si臋 o mnie, ale... Ty, lepiej s艂uchaj tego!
- ''Skazany na 艣mierc bandyta uciek艂 z aresztu. Szeryf rozes艂a艂 do s膮siednich miejscowo艣ci zdj臋cia przest臋pcy: z przodu, z lewego i z prawego profilu. Nazajutrz ze wszystkich miasteczek przysz艂y odpowiedzi: Zdj臋cia otrzymali艣my. Wszystkich trzech zastrzelili艣my''.
Pomi臋dzy streszczeniem wczorajszego - przegranego meczu reprezentacji bia艂o-czerwonych a g艂upimi 偶artami o kowbojach i Indianach otrzymali koordynaty patrolu centrum, gdzie cz臋sto dochodzi艂o do rozboj贸w i kradzie偶y. Idealna robota dla dw贸ch tajniak贸w. Rechocz膮c z 偶artu, kt贸ry nie roze艣mia艂by nawet gimnazjalisty, skr臋cili w S艂owackiego. W oddali dostrzegli zakapturzon膮 posta膰 ubran膮 na czarno, kt贸ra w szybkim tempie przekroczy艂a jezdni臋, wykonuj膮c r臋k膮 zamach w kierunku stoj膮cego na ulicy samochodu. To by艂 ten moment, gdy bia艂ko 艣cina si臋 w mi臋艣niach. Szybki ju偶 ustawia艂 si臋 do wylotu.
***
艁owca spokojnie obserwowa艂 ofiar臋, czekaj膮c na dalszy bieg wydarze艅. Aorty pompowa艂y coraz wi臋ksz膮 ilo艣膰 krwi w kierunku m贸zgu. Dobrze zna艂 ten szum w uszach. Dzi臋ki niemu wiedzia艂, 偶e 偶yje, a adrenalina karmi艂a codziennie jego cia艂o, by nie zasn膮膰 w tym 艣wiecie 偶ywych trup贸w. Scenariusz zna艂 na pami臋膰, bo przychodzi艂 w to miejsce wielokrotnie, obserwowa膰 ''艂ani臋'', cho膰 lepszym okre艣leniem by艂o ''hipopotamic臋'' z gracj膮 s艂onia. Jak zawsze op贸藕nia艂 j膮 ten stary pryk, co to poza jabcokiem 艣wiata nie widzi i jest na tyle cwany, 偶e wie, jak przys艂odzi膰, by wyrwa膰 co艣 taniej. A w dupie m贸g艂 zmie艣ci膰 sporo. Na szcz臋艣cie kobieta szybko go sp艂awi艂a, a zm臋czenie i rutyna u艣pi艂y jej czujno艣膰. 艁anipotam szed艂 prosto w pu艂apk臋. Do艣wiadczenie kaza艂o 艂owcy czeka膰, a偶 ofiara spokojnie wsi膮dzie do samochodu i od艂o偶y torebk臋 na siedzenie pasa偶era. Gdy nadszed艂 w艂a艣ciwy moment, poderwa艂 si臋 na nogi. Wykorzystuj膮c chwil臋, gdy kobieta si臋ga艂a po pasy bezpiecze艅stwa, wystrzeli艂 przez ulic臋 jak strza艂a. Z ca艂ych si艂 zacisn膮艂 pi臋艣膰, w kt贸rej znajdowa艂 si臋 srebrny kastet. Jednym uderzeniem roztrzaska艂 szyb臋 w drobny mak. Mimo b贸lu w nadgarstku, nawet nie sykn膮艂 i szybkim ruchem zgarn膮艂 torebk臋. Przera偶ona kobieta krzycza艂a o pomoc i ratunek, ale lament nie zrobi艂 wra偶enia na znieczulonych przechodniach. Mia艂 w z臋bach to, na co tak d艂ugo czeka艂 i nikt mu tego nie odbierze. Jeszcze tylko par臋 sus贸w przez podw贸rko do bramy przelotowej, gdzie bezpiecznie przedostanie si臋 na drug膮 stron臋 kamienicy... ale k膮tem oka ujrza艂 srebrn膮 ki臋 p臋dz膮c膮 w jego kierunku.
- Kurwa, co za niefart! - pomy艣la艂, szykuj膮c si臋 na szale艅czy bieg; bieg ku wolno艣ci.
Szybki wyskoczy艂 z tocz膮cego si臋 jeszcze samochodu z okrzykiem na ustach:
- St贸j, policja! - I pod膮偶y艂 sprintem w kierunku podw贸rka, gdzie mign膮艂 mu zakapturzony uciekinier.
Zd膮偶y艂 tylko odwr贸ci膰 g艂ow臋, by sprawdzi膰, co si臋 dzieje z osob膮 w samochodzie, ale gdy spostrzeg艂, 偶e poszkodowan膮 kobiet膮 zajmuje si臋 jego partner, odda艂 si臋 po艣cigowi. Kilkoma susami przeby艂 drog臋 przez plac do muru, na kt贸ry wdrapa艂 si臋 bez problemu, jednak podczas przeskoku wypad艂 mu z kieszeni telefon.
- Trudno!
Z艂odziej mia艂 lekkie fory, ale w臋ch i instynkt charta prowadzi艂y Szybkiego we w艂a艣ciwym kierunku. Domy艣la艂 si臋, 偶e ma do czynienia z zuchwalcem, kt贸ry porwa艂 torebk臋, wi臋c 艂up na pewno go spowolni. Przelatuj膮c przez klatk臋 schodow膮 kamienicy, wybieg艂 na r贸wnoleg艂膮 ulic臋 i przez chwil臋 nawi膮za艂 kontakt wzrokowy, ale z艂odziej znowu znikn膮艂 mu za rogiem. W my艣lach powtarza艂 tylko:
- Lewa prawa, lewa prawa, lewa prawa... - Jakby ko艅czyny by艂y pos艂uszne rytmowi wypowiadanych w g艂owie s艂贸w.
Przyspiesza艂. Serce osi膮gn臋艂o w艂a艣ciwy rytm, niczym podtlenek azotu dostaj膮cy si臋 do cylindr贸w silnika, i bieg艂 jeszcze szybciej. Wiedzia艂 jak roz艂o偶y膰 si艂y i prawid艂owo oddycha膰, by nie pa艣膰 po kolejnych metrach. Za kolejnym rogiem wybieg艂 na d艂ug膮 prost膮 i wtedy go dojrza艂. Wysoki, szczup艂y, wyra藕nie zasapany, ale dalej, twardo, nie chcia艂 si臋 podda膰, cho膰 nie mia艂 gdzie uciec, bo wzd艂u偶 obydwu stron ulicy ci膮gn膮艂 si臋 mur. Po raz kolejny wrzasn膮艂: ''St贸j, policja!'', ale ta pr贸ba wypompowa艂a tylko cenne powietrze z jego p艂uc. Odda艂 w powietrze strza艂 ostrzegawczy, ale na zakapturzonym cz艂owieku nie zrobi艂o to wi臋kszego wra偶enia, tylko da艂o mu do zrozumienia, 偶e po艣cig si臋 zbli偶a coraz wi臋kszymi krokami, a nast臋pny pocisk pow臋druje w kierunku jego cia艂a.
Czeka艂 na moment, gdy z艂odziej wystawi si臋 na pozycj臋 lepsz膮 do strza艂u. Kiedy poczu艂, 偶e zaczyna brakowa膰 mu si艂, zatrzyma艂 si臋, przykl臋kn膮艂, doby艂 broni i staraj膮c si臋 uspokoi膰 oddech, wycelowa艂 w posta膰 pl膮saj膮c膮 jak pi艂ka w Arkanoidzie.
- Tylko spokojnie! - nakaza艂 sobie w duchu.
Ale ruchliwo艣膰 czarnego punktu przed muszk膮 nie pozwoli艂a nacisn膮膰 na spust, poza tym ulica by艂a pe艂na przechodni贸w, co uniemo偶liwia艂o oddanie strza艂u. Straci艂 cenne sekundy, wi臋c nie trac膮c kolejnych, szybkim ruchem od艂o偶y艂 bro艅 do kabury i rzuci艂 si臋 w dalsz膮 pogo艅. Sprint przeistacza艂 si臋 w maraton i wszystko zale偶a艂o od tego, jak rozplanuje si艂y. Mia艂 tylko nadziej臋, 偶e tamten nie 偶a艂uje sobie u偶ywek, a jego serce jest bliskie zawa艂u.
- Lewa prawa, lewa prawa, lewa prawa... - powtarza艂 niczym mantr臋 krzepi膮c膮 nogi.
Liczy艂 na kolejn膮 szans臋 na oddanie strza艂u, ale wiedzia艂, 偶e tym razem nie mo偶e si臋 zawaha膰. Czeka艂 na idealny moment.
- Lewa prawa, lewa prawa, lewa prawa...
Uciekinier zaczyna艂 ju偶 wyra藕nie s艂abn膮c, a dystans pomi臋dzy nimi si臋 zmniejsza艂. Je艣li nie zatrzyma z艂odzieja na kolejnych metrach, to mo偶liwe, 偶e ten zniknie po艣r贸d labiryntu zau艂k贸w i przecznic starego miasta i wi臋cej go nie zobaczy. Teraz albo nigdy.
- St贸j, bo strzelam! - Poprzez 艣wiszcz膮cy oddech w艂asnych tchawicy i breakcore'owego rytmu serca us艂ysza艂 za plecami uciekinier. Wiedzia艂, 偶e po tej komendzie pocisk zostanie skierowany w jego nogi b膮d藕 plecy. Skamienia艂. Cho膰 kilkugramowa torebka ci膮偶y艂a mu jak stukilowy balast, mocno trzyma艂 j膮 w d艂oni. Pr臋dzej padnie trupem, ni偶 odda to, na co tak d艂ugo polowa艂. My艣li zalewa艂y mu umys艂 niczym spi臋trzony wodospad. Ten pies by艂 zawzi臋ty i nie chcia艂 odpu艣ci膰. Mimo i偶 z m艂odzie艅czych lat utrzyma艂 kondycj臋 zapa艣nika, wiedzia艂, 偶e nie b臋dzie ju偶 w stanie zgubi膰 policjanta w klasycznym biegu.
- My艣l, synek, i to szybko - ponagla艂 si臋 niewerbalnie.
Ka偶da sekunda dzia艂a艂a na jego niekorzy艣膰. Kolejny dziewi臋ciomilimetrowy pocisk przesuwa艂 si臋 do komory spustowej. Z drugiej strony mia艂 chwil臋 na regeneracj臋 i czas na to, by pomy艣le膰, co dalej. Sta艂 plecami do wylotu lufy i nie wiedzia艂, jaka dok艂adnie odleg艂o艣膰 dzieli go od tajniaka. Szybko dotar艂o do niego, 偶e je艣li czego艣 nie wymy艣li, to mo偶e na kilka lat po偶egna膰 si臋 z wolno艣ci膮 albo sko艅czy膰 jak paru ziomk贸w, co my艣leli, 偶e s膮 szybsi od o艂owiu. Nie 艣ci膮gaj膮c z g艂owy kaptura, wolno obr贸ci艂 si臋 w kierunku 藕r贸d艂a okrzyk贸w dedykowanych jego osobie. By艂 na skraju wyczerpania i cho膰by chcia艂, nie by艂by w stanie wydoby膰 z siebie niczego poza niestrawionym obiadem od chi艅czyka - resztkami silnej woli pohamowa艂 odruch wymiotny.
Od policjanta dzieli艂a go odleg艂o艣膰 nie wi臋ksza ni偶 sto metr贸w. Tamten by艂 wysportowanym brunetem o lekkoatletycznej postawie i mia艂 si臋 du偶o lepiej od niego - cho膰 mocno zm臋czony, mierzy艂 stabilnie. Lufa skierowana w jego pier艣 u艣wiadomi艂a mu, gdzie celuje przeciwnik.
Policjant ponownie nakaza艂 od艂o偶y膰 torebk臋 na ziemi臋 i unie艣膰 r臋ce wysoko do g贸ry.
- Kurwa! Co robi膰? - pomy艣la艂 w pop艂ochu. - Przecie偶 je艣li si臋 porusz臋,wychylaj膮c w kt贸rymkolwiek kierunku, to w najlepszym wypadku obudz臋 si臋 w wi臋ziennym szpitalu na Miko艂owskiej albo sko艅cz臋 jak paru ziomk贸w, co my艣leli, 偶e s膮 szybsi od o艂owiu.
Rzuci艂 torebk臋 na praw膮 stop臋, kt贸ra by艂a wysuni臋ta bardziej do przodu, a r臋ce wzni贸s艂 w kierunku nieba, licz膮c na jaki艣 cud. Sekundy zamieni艂y si臋 w minuty, a ulica opustosza艂a. Ludzie na ulicy rozproszyli si臋, sp艂oszeni wystrza艂em, i tylko jakie艣 stare dewoty obserwowa艂y ca艂e zdarzenie zza firanki. Zrozumia艂, 偶e jest w sytuacji bez wyj艣cia...
- Kurwa, a by艂o ju偶 tak pi臋knie! - pomy艣la艂 Krime.
Na bucie spoczywa ''rolada'', a on jest bezsilny w obliczu narwanego tajniaka, spragnionego kolejnego awansu - niczym pies czekaj膮cy na kotlet wo艂owy po ca艂ym 偶yciu wcinania ''Chappi''. Kiedy ju偶 chcia艂 spe艂ni膰 kolejny rozkaz i po艂o偶y膰 si臋 na asfalcie, wspar艂 r臋ce na kolanach, jakby chcia艂 zwymiotowa膰, gdy z lewej strony skrzy偶owania dobieg艂 znajomy d藕wi臋k policyjnej syreny. Majacz膮ca w oddali b艂臋kitna po艣wiata potwierdzi艂a jego obawy. Jedzie wsparcie.
- ''No i, w pizdu, wyl膮dowa艂!'' - zacytowa艂 w my艣lach Siar臋 z ''Killera'', pogodzony z tym, 偶e jednak dzi艣 ju偶 kolacji w domu nie zje.
Przed oczyma przelecia艂y mu wszystkie niespe艂nione marzenia. W umy艣le pojawi艂y si臋 obrazy z 偶ycia, kt贸re w zawrotnym tempie m臋czy艂y go jeszcze bardziej ni偶 kolka.
- To koniec... - pomy艣la艂.
Akcja toczy艂a si臋 dalej w zwolnionym tempie. Srebrna kia zbli偶a艂a si臋 coraz bardziej. Zamiast zahamowa膰 po lewej stronie zatrzymanego, stan臋艂a prosto przed nim, czyli centralnie na linii strza艂u broni Szybkiego. Kierowca samochodu nie wiedzia艂, gdzie znajdowa艂 si臋 jego partner, bo wyjecha艂 z ciasnej ulicy i ca艂膮 uwag臋 skupi艂 na podpartej zakapturzonej postaci.
- T臋paki. Za takie m膮drale uczciwi ludzie p艂ac膮 podatki, a ci pope艂niaj膮 podr臋cznikowe b艂臋dy. - Nie zastanawiaj膮c si臋 zbyt d艂ugo, podrzuci艂 stop膮 torb臋 do g贸ry, jak drybluj膮cy Pele, i wykorzysta艂 tych kilka sekund, rzucaj膮c si臋 ostatkiem si艂 do ponownej ucieczki.
Kierowca, 艂api膮c si臋 w ko艅cu na swoim b艂臋dzie, skierowa艂 pistolet w stron臋 farciarza i bez 偶adnej komendy zacz膮艂 opr贸偶nia膰 magazynek w kierunku wycie艅czonego m艂odzie艅ca. Zatrzyma艂 palec dopiero wtedy, gdy zza rogu prostopad艂ej przecznicy wy艂oni艂a si臋 procesja Bo偶ego Cia艂a. Czarny str贸j zla艂 si臋 z uczestnikami uroczysto艣ci i przepad艂 gdzie艣 po艣r贸d coraz wi臋kszej ilo艣ci ludzi zalewaj膮cych ulic臋. Policjant zauwa偶y艂 tylko palec - 艣rodkowy palec uniesiony jak hostia ponad g艂owami wiernych.
Strona g艂贸wna

Rozdzia艂y

1. Prolog
2. M贸w Mu Krime
3. Na Dzielni
4. Lolita
5. Kwa艣ny Wypad
6. Dorwa膰 Chudego
7. Latawica
8. Gra Warta 艢wieczki
9. Zwierz臋
10. Lot Feniksa
11. Licz Do Stu
12. Le艣ne Manewry
13. Sezamie Otw贸rz si臋
14. Dzie艅 Dobry Skowronku
15. Raciborska
16. B臋dzie Mega
17. Gor膮czka Sobotniej Nocy
18. Pech Chodzi Tr贸jkami
19. Co艣 Tu 艢mierdzi
20. Na Cztery 艁apy
21. Kraina Nutki
22. Licho Nie 艢pi
23. Gdy B臋dzie Za P贸藕no
24. Przeznaczenie
25. Szczur We Mgle
26. Puzzle
27. Szcz臋艣cie W Nieszcz臋艣ciu
28. Szko艂a 艢ni膮cych
29. 艁ep
30. Promienie
31. S艂o艅ce Za Chmurami
32. Dop贸ki 艢mier膰 Nas Nie Roz艂膮czy

Copyright © 2016 Krime Story. Created By OddThemes & Distributed By Free Blogger Templates