Na Dzielni

Poranek, a właściwie popołudnie należało do tych, kiedy Krime wolałby wcale się nie obudzić. Głowa pękała mu od nadmiaru whiskey, której wypił w nocy chyba z galon. Nos miał ledwo drożny przez marnej jakości kokainę, a pragnienie paliło gardziel jak diabli. Do tego duszności przeplatane delirycznymi drgawkami, a zamiast nubijskiej piękności u boku, Wajcha chrapiący jak zepsuty ciągnik.
- Zajebiście - pomyślał Krime.
Z miernym skutkiem próbował przywołać wspomnienia minionej nocy. W głowie pojawiały się retrospekcje w postaci zdjęć bądź stop-klatek obrazujących imprezę u Kosmatego. Przebłyski pamięci przedstawiały sceny jak z ''Las Vegas Parano''. Kreski na zlewie... cięcie. Toasty z gwinta... cięcie. Krągły tyłek nabity na jego penisa... cięcie. Latające w powietrzu stoliki, szklanki... cięcie. Wymioty spadające do kibla jak wodospad... cięcie.
- Co tam się, kurwa, działo! - krzyczał w myślach.
Zwlekając się z łóżka jak pacjent po operacji, podszedł do okna, by uchronić się przed wpadającymi do wnętrza pomieszczenia promieniami słońca. Światło paliło go w oczy i skórę, przyprawiając o mdłości. Czuł się jak Hrabia Dracula po orgii z udziałem dziewic. Mimowolnie spojrzał na dłonie odrapane na kostkach, ubarwione dodatkowo plamami zaschłej krwi, która na pewno do dziewic nie należała. W drodze powrotnej do łóżka odbił się od stolika i niczym pikujący samolot wpadł z powrotem w pielesze.
- Ożeż ja pierdolę! - zaskomlał, szturchając śpiącego obok kumpla, ale ten nie wykazywał oznak życia. - Marek... Marek, weź się obudź... Marek, kurwa! - mamrotał, szamocząc wspólnika za ramię.
- Yyy... eeyyy... Co, co jeeest? - odparł ledwo żywy kompan, odklejając się od poduszki.
- Jajco...! Żyjesz?
- Yyy... ja pierdolęęę, gdzie jesteśmy?
- W pałacu Szeherezady... A gdzie, kurwa, możemy być? U mnie... - szydził trochę bardziej rozbudzony Krime.
- Co się wczoraj działo... Co się tam, kurwa, działo... - zaczął Wajcha, obracając się do ziomka z zamkniętymi oczyma.
- Ja, właśnie, średnio pamiętam...
- Przecież ty jesteś poważnie jebnięty! Po co wypłaciłeś liścia temu, jak mu tam... Ja sobie dupczyłem jak trzeba na pokoju i słyszę jak lecą już szklanki, więc ledwo badeje założyłem... i wpadam na salę, a tam już haja, bo on ten, jak mu tam... był z jakimiś pedałami i zaczęli cię oprawiać. No to wjebaliśmy w nich jak Hanka w kartony, że ledwo się pozbierali. Ale Kosmaty kazał nam się zawijać, bo rozjebaliśmy mu bar. Świrze ty... he, he, he!
- Bez kitu? Coś kojarzę, że jakieś głupie żarty miał, coś pierdolił, że mnie wiatr porwie, to dostał plaskacza i się zaczęło, chyba...
- He, he, he! No, chyba, he, he, he! Ale jaką sukę wczoraj dopadłem, to jest koniec! - ekscytował się Wajcha. - Silikony, usta zrobione, dupka jak marzenie, mmm... Chuj tam, że wzięła 400... warto było.
- Ja to moją wspominam od dupy strony tylko... - Obaj zarechotali po chwili ciszy. - Praktycznie nic nie pamiętam...
- Ale zafurczał ci - szydził Wajcha - czy flopik?
- Weź, goń się! - odparł stanowczo, ale z uśmiechem Krime, siadając na łóżku.
- Ha, ha, ha... ale jesteśmy jebnięci, ha, ha, ha...! - Marek zwijał się ze śmiechu. - Ty, która jest godzina?! - krzyknął, otwierając oczy jak po zastrzyku adrenaliny w serce.
- Po 13, a co?
- Kurwa jego mać! Z Baśką idziemy dzisiaj na imieniny jej matki! W pizdu, ale mam lipę! - Szamotał się Marek, wystrzeliwszy z łóżka jak kot, na cztery łapy. - Lecę, bo przecież ona mnie zeżre żywcem! - krzyczał, próbując założyć buta i podskakując na jednej nodze.
- Dobra, leć, leć...! Ona to ma do ciebie zdrowie, facet...
Pomimo szybkiego rynsztunku, Wajcha wyglądał jak pożal się Boże w wygniecionym longsleevie z plamami krwi na kołnierzyku, który odpruł się do połowy podczas walki. Fryzura przypominała ptasie gniazdo głaskane na darmo, by ułożyło się w coś konstruktywnego. Twarz napuchnięta jak balon. Obaj wyglądali jak zombie po ataku na Los Angeles. W progu obrócił się na pięcie, cisnął w kierunku stolika znajomą kulkę ze srebrnej folii i mrugając okiem rzekł do Krime'a:
- To cię postawi na nogi! Arrivederci amigo! - Po czym zniknął, trzaskając drzwiami.
Krime zastanawiał się, po co mu dziewczyna, skoro i tak za plecami robi swoje. Nawet gdy zamieszkał z Baśką, to i tak głównie nie było go w domu, a potrafił znikać nawet na trzy - cztery dni, po czym wracał z bukietem kwiatów zerwanych pod blokiem, kajając się jak szczeniaczek.
- Jego sprawa, jego życie. - skwitował w myślach.
Po wyjściu przyjaciela chciał podejść do lodówki, ale przecież jej nie miał. Na kuchennym miniblacie znalazł kilka kromek suchego chleba i resztki pasztetu, ale po wmuszeniu w siebie paru kęsów popitych starą colą pobiegł do ubikacji, która jeszcze bardziej spotęgowała wymioty. Widok swej twarzy w małym lusterku ukazał mu rany bojowe w postaci siniaka pod okiem i rozciętej wargi, których wcześniej nawet nie odczuł. Krótką chwilę patrzył w swoje oczy, ale nie zniósł własnego spojrzenia zbyt długo. Nie lubił siebie i swojej twarzy. Był stosunkowo przystojnym chłopakiem, ale nie dopuszczał do siebie tej myśli. Postanowił wziąć prysznic, choć woda wydawała się odpychająca na tle dreszczy i drgawek co jakiś czas przeszywających jego ciało. Gorące strugi spływające po skórze osłabiały go jeszcze bardziej. Wsparty dłońmi i czołem o brudne kafelki trwał przez dłuższą chwilę w umysłowej pustce. Gdy pod wpływem temperatury podgrzała się krew w jego ciele, zaczął sapać i łapać powietrze jak karp, z trudem nie tracąc przytomności. Ze sznurka rozciągniętego pod sufitem zdjął ostatnią sztukę czystych bokserek zmaltretowanych wielokrotnym praniem w wysłużonej frani, po czym, drepcząc jak kaczka, udał się z powrotem do ciasnego pokoju.
Z kilkunastominutowej drzemki wyrwała go syrena policyjnego wozu przejeżdżającego obok bloku. Czy była to straż, czy karetka, wnętrzności zawsze podchodziły mu do gardła jakby zaprogramowane strachem. Zerwał się do okna, obserwując, czy przypadkiem radiowóz nie zajeżdża pod klatkę, ale stróże prawa pomknęli dalej - przez rondo przy Spodku w stronę Koszutki. Dawka strachu obudziła go na dobre, więc o spaniu już nie było mowy. Dobrze znał ten sygnał nieraz słyszany za plecami. Zasiadł do tego samego co zawsze stolika i plastikową kartą z Tesco nakreślił kilka kresek tej samej substancji, której po części zawdzięcza swoje marne samopoczucie.
Sam nie wiedział dlaczego tak często sięgał po kokainę, ale chyba chciał się znieczulić, cieleśnie i mentalnie. Uciekał od rzeczywistości w krainę wysokiego stanu euforii. Ten stan uzależnił go już dawno temu, a kokaina była praktycznie codziennością w jego życiu. Jak zwykł mawiać: ''Świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia''.
Towar na tyle postawił go na nogi, że postanowił wyjść na miasto w celu odnalezienia sprawcy skrzepów krwi w nozdrzach. Wczoraj obiecał sobie, że go złapie i wyperswaduje ręcznie, aby takiego gówna więcej mu nie wciskał. Zawsze był słowny, nawet w stosunku do siebie. Sięgnął po telefon, ale abonent nie odpowiadał.
- Pewnie kanalia włączy się dopiero wieczorem - pomyślał - ale nie zaszkodzi zrobić rundy po dzielni w nadziei, że może gdzieś się trafi.

Chowając w kieszeni kastet, mocno zasznurował buty i po cichu wyszedł z mieszkania. W windzie obklejonej na przemian wlepkami GieKSy i Ruchu napotkał starszą kobietę z równie starym psem, lecz odwrócił się do niej plecami, przeciskając się przed nią do wyjścia. Kobieta ten gentlemański gest skwitowała słowami: ''Ależ ta dzisiejsza młodzież jest kulturalna'', na co Krime przystanął, obrócił się i zimnym złowrogim spojrzeniem spod byka uświadomił jej, iż nie jest w najlepszym nastroju na takie komentarze. Kobieta znając osiedlowe realia i dzisiejszą młodzież, wzięła kundelka na ręce i szybkim krokiem wyprzedziła szarmanckiego młodzieńca.
Był wkurwiony. Kac przeistoczył się w stan, w którym lepiej go nie zaczepiać. Był wkurwiony na wszystko. Wychodząc z klatki rozejrzał się po okolicy, czy aby przypadkiem nie czai się gdzieś policja i szybkim krokiem, mocno zaciskając kastet w kieszeni, udał się w kierunku katowickiego centrum. Podążając wzdłuż bloku nucił frazy rapowego utworu" ''...nie ma słońca bóg o nas zapomniał...'', jakby autor o pseudonimie Kali wiedział, jak wygląda jego okolica.
Superjednostka. Tak dźwięczną nazwę nosił postkomunistyczny moloch, w którym przyszło mu pomieszkiwać. Był jednym z największych bloków na terenie Polski. Mieszkało w nim parę tysięcy ludzi, a przekrój towarzystwa zaczynał się od normalnych obywateli pracujących od 8 do 17 po złodziei i prostytutki gnieżdżące się w kilkunastu agencjach mieszkaniowych. Blok tętnił życiem do późnych godzin nocnych i nierzadko z okna leciał telewizor bądź stara kanapa, której nie chciało się komuś dźwigać z wysokiego piętra. Na skwerze żule wychylały kolejnego jabola, a umorusane dzieci ganiały się w berka, z przerwami na papierosa.
Minął siłownię znajdującą się w pobliskim blaszaku i oszklony biurowiec, który latami straszył mieszkańców swym szkieletem. Pośród asfaltu i płyt chodnikowych gdzieniegdzie znajdowały się skupiska trawy usłane psimi odchodami; nie brakowało i ludzkich ekskrementów. Wąską alejką udał się w kierunku dworca autobusowego, ale niebezpiecznie zbliżał się do miejsca wczorajszej roboty, więc skręcił w kierunku Sokolskiej. Mijał studentów i kobiety dźwigające toboły z Biedronki. Tłum przechodniów był ospały, pozbawiony życia. Twarze ludzi - poszarzałe i zmęczone. Każdy zmierzał w jakimś kierunku, z jednej strony nie zważając na innych, choć z drugiej z Polską wścibskością zerkając po sobie. ''Tutaj gdzie żyjemy...'' - dalej nucił wersy, rozglądając się za poszukiwanym gagatkiem.
Omijając ulicę Sienkiewicza, od strony Sokolskiej wszedł na Opolską, licząc na to, że trefny diler gdzieś się trafi, bo to był jego rejon. Przeczucie go nie myliło. Stał w bramie oddalonej o parędziesiąt metrów. Rozmawiał z jakimś koleżką i dziewczyną, próbując coś do niej zagaić. Krime, jak gdyby nigdy nic, poszedł w jego kierunku, zakładając kastet na palce.
Diler dostrzegł go z odległości kilku metrów i z uśmiechem od ucha do ucha krzyknął:
''Seeeeemasz, mordeczko!
Krime kilkoma susami doskoczył do niego, a gdy ten zorientował się, co się święci, było już za późno. Uderzenia spadły jak grad. Jeb, jeb, jeb! Rozwścieczony napastnik w furii wymierzał ciosy w jego twarz, wykrzykując:
- Coś mi, kurwa, pedale, wcisnął?! - Dziewczyna zaczęła krzyczeć, ale Krime syknął do niej znad ofiary. - Zatkaj dupę i ciągnij stąd kichę! - Po czym zwrócił się do chłopaka stojącego jak wryty. - Ty też spierdalaj!
Zostali sami, a cała akcja przeniosła się w głąb bramy. Zawsze najpierw bił, a później rozmawiał, więc i w tym wypadku nie było inaczej.
- Co to była za koka, łajzo?! Ile jarzeniówek stłukłeś, żeby mnie tym podsypać?! - krzyczał w furii Krime. - Ile?!
- No co ty, mordeczko... tfu!... yyy... tfu!... nic ci nie wsypałem, takie dostałem... tfu!... - tłumaczył się diler, plując kawałkami zębów.
Krime wymierzał kolejne ciosy, gruchocząc delikwentowi kość policzkową.
- Mam ci jeszcze lepiej odświeżyć pamięć, gnoju?
- Człowieku, proszę cię, przestań... bo mnie zabijesz... tfu! - prosił oszust z twarzą rozbitą jak Sylwester Stallone w Rockym.
- Słuchaj mnie, łajzo! Jeszcze raz mi dasz coś takiego, a cię, ty kurwo, potnę jak świnię albo ubiję jak psa! Rozumiesz?!
- Tak... Tak... Rozumiem... Przepraszam... - skomlał przez łzy ledwo przytomny chłopak.
- Sram na twoje przepraszam! Dawaj za karę towar i siano!
- Ale mordeczko...
- Jeb! - Znowu padł cios zamieniający miazgę w papkę.
- Dobra... do... ych... dobra, mam w domu.
- Zapierdalaj! Czekam tutaj i lepiej wróć, bo jak się zwiatrujesz, to już więcej nie będę tak miły! - odparł Krime, wypuszczając jego fraki z żelaznego uścisku.
Pobity padł na beton, czołgając się i próbując nieudolnie wstać.
- Co się, kurwa, tak tarzasz?! Co, ty dżdżownica jesteś? Ruszaj dupę, bo nie mam całego dnia. Albo wiesz co, pójdę z tobą, bo ci kłamliwa kanalio, nie ufam. Sam jesteś?
- Sam... sam... mogę zadzwonić po karetkę? Patrz jak wyglądam! Połamałeś mi twarz... - szlochał przez łzy.
- Chuj mnie to obchodzi! Trzeba było nie kręcić swojaków, szujo! Rusz dupę, idziemy! - rozkazał Krime.
Pomógł wstać pobitemu dilerowi i udali się w kierunku starej kamienicy, gdzie mieściło się mieszkanie Mrówy. Na schodach sąsiadka, pod drzwiami pojąc mlekiem kota, wrzasnęła:
- Boże, Darku! Co się stało! Na Boga, jak Ty wyglądasz?!
- Koledze nic nie jest, lekko potrącił go samochód - odparł Krime, udając, że odprowadza go do domu.
- Olaboga! Dzwonię po karetkę! - P czym zniknęła w mieszkaniu w poszukiwaniu telefonu.
Mieszkanie Mrówy nie różniło się zbytnio od lokum Krime'a. Ten sam syf, podobne warunki. Szlochający Mrówa podszedł do małej lodówki, z zamrażalnika wyjął pakunek mieszczący się w dłoni i przekazał go Krime'owi.
- To wszystko co mam... Nie mam siana, bo wczoraj się rozliczyłem...
Krime - wiedząc, ze kłamie - kilka razy przytrzasnął mu dłoń drzwiami od lodówki, uszkadzając tym samym palce.
- Słuchaj, łajzo! Jest niedziela, mam dużo czasu! Dalej chcesz się bawić ze mną w ciuciubabkę?! Gdzie hajs?!
Diler zwinięty w embrion płakał jak zarzynane zwierzę, trzymając się za pogruchotaną dłoń.
- Tam są! Tam są, w barku! Ty skurwielu! Pożałujesz tego! Zobaczysz! Pożałujesz - odgrażał się przez słone łzy Mrówa.
- Dobra, nie strasz, bo się zesrasz... - odparł ze stoickim spokojem Krime, udając się do salonu.
Otworzywszy barek, zabrał plik banknotów. Barek krył w sobie również liczne fanty pozostawione przez niewypłacalnych klientów, ale jego interesowała tylko kasa. Poza tym fanty to przypał.
Po schowaniu łupów do kieszeni podszedł znowu do Mrówy i poklepując go lekko po policzku powiedział:
- Mróweczko moja, to zostanie między nami. Prawda? Wiesz, że to jest kara za ściemnianie na porcjach i narażanie szanownych klientów na problemy ze zdrowiem, bo nikt nie chce wciągać pyłu z żarówki. Zapamiętasz? Czy mamy spotkać się w takich okolicznościach ponownie?
- Nie... znaczy tak... tak... zapamiętam... - odparł, drżąc jak osika, diler.
- To tymczasem, borem, lasem! - Krime pomachał, maszerując w stronę drzwi.
Na schodach znowu natknął się na sąsiadkę, która przez szparę w drzwiach krzyczała:
- Kolega? Taaak? Ty bandyto, ty! Policja już tu jedzie! Słyszałam, co tam Dareczkowi zrobiłeś! Ty gnoju, ty!
- Pani się przesłyszała. Do widzenia pani.
- Ze stoickim spokojem opuścił kamienicę i udał się w kierunku wylotu bramy. Wiedział, że kobieta zadzwoniła po karetkę i policję, ale wiedział też, że Mrówa będzie kłamał, twierdząc, że potrącił go samochód, bo konfidenci tutaj życia nie mają. Dzielnica rządzi się swoimi niepisanymi prawami, których wszyscy muszą przestrzegać. Konfidenctwo jest niewybaczalne, nawet w takich sytuacjach jak ta. Ze strony Mrówy nic mu nie grozi, ale jeśli puści farbę, może być problem z jego dostawcami. Oko za oko, ząb za ząb jest kolejnym prawem ulicy, gdzie łańcuch pokarmowy nie różni się od zwierzęcego. Jeśli wchodzisz na ulicę, musisz się z tym liczyć. To nie dla słabych maminsynków. Tutaj rządzi prawo pięści plus układy i plecy. Jak nie masz psychiki, żeby w to grac, to haruj za 1200 zł miesięcznie. Krime nigdy nie chciał tak skończyć. Choćby miał zginać. Honor i ambicja nie pozwalały mu przyjmować poleceń.
Wracając tą samą drogą, sięgnął po papierosa. Za plecami rozbrzmiewał znajomy odgłos syren. Zaciągnąwszy się głęboko, delektował się smakiem. Smakiem życia na dzielni. Smakiem kolejnego zarobku.

















Share:

0 komentarze