Mów Mu Krime
Tej nocy nie mógł zasnąć. Rozmyślał o sytuacji, podczas której ledwo wywinął się od kryminału, a może nawet od śmierci. Mieszkanie na ostatnim piętrze wieżowca służyło mu za dziuplę, w której gromadził, zrabowane dobra. Nie było w nim niczego - poza łóżkiem, stolikiem i małą komodą. Jakiś uschnięty kwiatek przy oknie, boombox obok kineskopowego telewizora połączonego z konsolą PlayStation i ogólny burdel dopełniający obraz, któremu daleko było do zasad feng shui. Wszędzie walały się śmieci i brudne ubrania. Ubikacja przypominała stajnię Augiasza, a jej użytkownik musiał zatykać nos, by podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych nie puścić pawia. Jego kobieta, a raczej latawica - jak sam zwykł ją nazywać - bywała tam rzadko, a jej lewe do roboty ręce były potwierdzeniem marnej akredytacji do bycia kimś więcej niż sporadyczną dziewczyną do łóżka.
Do mieszkania zawsze wchodził po zmroku, by nie wzbudzić podejrzeń sąsiadów, utrzymując ich w ten sposób w przekonaniu, iż lokum pozostaje niezamieszkałym.
Leżąc pod stęchłą kołdrą, wpatrywał się w odrapany sufit, analizując wieczorne zdarzenie. Nie po to, by zaprzestać procederu, ale by nie dać się więcej zapędzić w podbramkową sytuację. Wiedział, że psy na pewno już go szukają i pomimo kaptura, który trochę go maskował, policja wie, jak wygląda, więc będzie musiał się zaszyć na chwilę w mieszkaniu. Popełnił spory błąd, wybierając się na robotę w miejsce dzielące go od dziupli zaledwie parę przecznic. Na szczęście psom w centrum nie brakuje roboty, więc liczył, że zdarzenie rozejdzie się po kościach. Był przejęty jedynie faktem, iż nie czuł strachu, pokory czy obaw. Nie czuł niczego.
Obserwując dym unoszący się ze skręta, którym koił nerwy, myślał o kolejnym skoku bądź możliwości wyrwania się z marni codziennego życia w tej śmierdzącej klicie, niczym szczur. Pieniądze były jedyną rzeczą, której szczerze pragnął i to w nich upatrywał zbawcę i boga. Chciał więcej.
Od momentu, gdy matka opuściła ziemski padół, a ojciec gdzieś zniknął, coś w nim pękło i bezpowrotnie odeszło. Na darmo próbował przypomnieć sobie dzieciństwo. Ten traumatyczny okres swojego życia wymazał z głowy jak zbędne pliki zalegające na twardym dysku. Zresztą, co tu pamiętać? Twardą rękę ojca na twarzy? Matkę ledwo wstającą każdego ranka z łóżka? Czy tę obskurną alkoholową melinę, którą rodzice mieli czelność nazywać domem? Odkąd sięgał pamięcią, sam musiał sobie radzić, przepychając się przez życie łokciami. Trwało to już dobrych dziesięć lat, gdy jako trzynastolatek wylądował na bruku. Ulica była mu niczym matka, która rozumiała go bez słów, i jak ojciec, który karcił za błędy.
Pomimo losu bliskiego dnu, kochał swoje życie, choć tak naprawdę nie znał znaczenia słowa miłość. Determinacja w drodze do celu, czyli lepszego życia, była tak mocna, że wszystko inne było nieważne, nawet jeśli któregoś dnia mogło się okazać, że skończy z kulą w potylicy. Śmierć byłaby też pewnego rodzaju wybawieniem...
Gasząc niedopałek jointa, spośród opróżnionych butelek po Jacku Danielsie i wódce wygrzebał pustą paczkę po papierosach kryjącą w środku srebrne zawiniątko ze sproszkowanym substytutem szczęścia. Rozsypując kokainę na opakowaniu płyty NWA ''Straight Outta Compton'', sięgnął do zrabowanej torebki, która jeszcze wczoraj nie należała do niego, i z pliku stuzłotówek wyjął jeden banknot, zwijając go w rulon. Zgarnięty łup był mniejszy, niż zakładał, ale wystarczający na jakiś czas - pod warunkiem, że nie poleci za bardzo w balet; a to lubił prawie tak samo jak przestępczy proceder, którym się trudnił. Ten pies, który puścił się za nim, był dobrym długodystansowcem i mało brakowało, żeby go dorwał.
- Nie tym razem. - Uśmiechając się pod nosem sam do siebie, wciągnął białą kreskę, krzywiąc się, gdy śluzówkę dziurawiły drobinki pyłu z jarzeniówki. - Parszywy towar. Jebnę go w ryj, jak spotkam na dzielni - pomyślał, poprawiając drugą kreską ''na drugą nogę'', jak zwykł mawiać.
Resztki niedociągniętej substancji wtarł w dziąsła, jakby to był miód, i odpaliwszy papierosa podszedł pod okna, z którego rozciągnął się widok na panoramę Katowic. Rozsunąwszy brudne i przesiąknięte dymem firany, patrzył na miasto. Ten widok zawsze go uspokajał, ale powodował również głód władzy i posiadania. Był pewien, że przyjdzie taki dzień, iż to miasto będzie należało do niego. Dosłownie i w przenośni. Pomimo marnej pozycji w ulicznym półświatku, liczył na to, że przyjdzie taki dzień, że to dla niego będą robić, a nie odwrotnie.
Kokaina spływała mu do gardła, znieczulając jamę ustną. Euforia ogarniała jego umysł, a papieros smakował jeszcze lepiej niż zazwyczaj. Wyobrażał sobie, jak sunie nowym mercedesem klasy S przez puste ulice średnicówki przy akompaniamencie gangsta rapu z dwoma ekskluzywnymi prostytutkami na tylnym siedzeniu. W schowku obok gnata pliki dwustuzłotówek, a wszędzie, gdzie podjedzie, będą mu się kłaniać w pół. Każdy, kto mu podskoczy, z miejsca dostanie łomot, a jego ksywa będzie budzić szacunek i strach na mieście. Taki był Krime. Zepsuty i głodny nie na żarty.
Z rozmarzenia wyrwał go dzwonek starej nokii, którą regularnie wymieniał na nowy aparat, unikając w ten sposób namierzenia przez organy ścigania. Zakopana w pościeli słuchawka wyświetlała na marnej jakości wyświetlaczu literę ''W'', czyli skrót dla kontaktu jego najlepszego ziomka, Wajchy. W razie gdyby telefon wpadł w niepowołane ręce, chwilę zajęłoby policji dojście do tego, kto kryje się pod jedną z ostatnich liter alfabetu. Koka przedostała się do krwiobiegu, powodując nadpobudliwość ruchową, więc odechciało mu się spać. Postanowił odebrać telefon.
- Halo. Co tam?
- Siemasz, byku! Co się toczy? - zapytał głos w słuchawce.
- W sumie to nic nowego, siedzę na kwadracie... Lekko zaszczepiony... - odparł Krime przez ściśnięte gardło.
- No, to idealnie się składa, bo mam coś, co misie lubią najbardziej!
- Dobra, to wpadaj, ale po cichu. Nie naruchaj przypału... - instruował przyjaciela.
- Ok, będę do pół godziny. Narka!
- Nara, nara...
Z Wajchą znali się praktycznie od dziecka. Razem pierwsza bania, pierwszy skręt, pierwsze LSD i tabletki ecstasy. Pierwsza wspólnie posunięta dziewczyna i pierwsze kradzieże w sklepach spożywczych. Z wyglądu byli totalnym przeciwieństwem. Średniego wzrostu, lekko otyły Wajcha dzięki kruczoczarnej czuprynie i ciemnej oprawie oczu zawsze gromadził przy sobie płeć piękną. Był o dwa lata starszy od Krime'a i zawsze traktował go jak młodszego brata, którego sam nigdy nie miał. Dobrze zbudowany, zawsze wyglądał schludnie, jak Anglik z drużyny rugby noszący się w koszulkach polo. W przeciwieństwie do Wajchy Krime był szczupłym, wysokim szatynem, wiecznie w tym samym ''czarnym mundurku'' i znoszonych butach sportowych. Znacznie różnił ich również charakter. Wajcha był zawsze uśmiechnięty jak Joker, wiecznie tryskający humorem o aparycji prowadzącego teleturniej, gdy Krime był typem zamyślonego mruka o aspołecznym charakterze - poprzez impulsywność i nagłe napady agresji. Krime'owi te różnice nigdy nie przeszkadzały i od momentu poznania zostali najlepszymi kumplami, a w późniejszym czasie - wspólnikami. Gangsterski Flip i Flap rodem z XXI wieku.
Razem z Markiem, bo tak miał na imię Wajcha, doświadczyli ulicy w pełnym tego słowa znaczeniu. Ramię w ramię przekonali się o znaczeniu słowa ''braterstwo'', nieraz wystawianemu na próbę. Mieli tylko siebie i zasady. Uliczne zasady niemające nic wspólnego z normami moralnymi przeciętnego obywatela. Lojalni wyłącznie w stosunku do siebie, niczym głodne samotne wilki przemierzające asfaltowe prerie i betonowe lasy.
Krime był dłużnikiem honorowym Wajchy. Podczas jednego z napadów na lokalnego dilera, w celu zagrabienia jego narkotyków i gotówki, okazało się, iż atrapa broni, którą się posłużyli, nie wystarczała, by skłonić go do oddania towaru. Diler, nie dość, że był nasterydowany do granic możliwości - co uczyniło z niego mutanta - to nie szczędził sobie używek. Koktajl medykamentów i dragów sprawił, iż jego poziom agresji porównywalny był do czasów aktywnej Etny albo psychopaty pod wpływem PCP. Rozwścieczony do granic możliwości kafar rzucił się na Krime'a, nie zważając na atrapę broni, która w ferworze walki wypadła mu z ręki. Jego pięści były jak młoty i gdyby nie interwencja Wajchy, pewnie zatłukłby go na śmierć. Uwolniwszy się z łap karka, oprawcy zamienili się w ofiary, rzucając się do ucieczki, lecz diler nie myślał, by puścić im płazem próbę obrabowania go. Dobył broni z szafki i zaczął do nich strzelać jak do kaczek. Choć wyrafinowanym strzelcem nie był, ranił Krime'a w nogę, ale Marek po raz drugi tego wieczoru zachował się jak na wspólnika przystało i nie zostawił przyjaciela w opresji - na barana zaniósł go w krzaki, w których udało im się ukryć. Tamtej nocy przypieczętowali swoją przyjaźń jak braterstwo krwi - przy użyciu scyzoryka - a blizna na łydce do dziś przypomina Krime'owi, że zawsze ma na kogo liczyć. Cała sytuacja nauczyła również młodych panów, aby zainwestować w prawdziwe pistolety i ostre naboje i by nie wypuszczać się więcej na grubego zwierza z plastikiem na kapiszony.
W oczekiwaniu na wspólnika opróżnił do reszty srebrny pakunek, co sprawiło, że wyglądał jak sowa. Świadczyło to również o dodatkowej zawartości amfetaminy bądź efedryny w specyfiku, który był ponoć w osiemdziesięciu procentach kolumbijskiego pochodzenia. Okazał się jednak krajowym miksem z domieszką koki.
- Ja temu dilerowi pokażę, co to Kolumbia, jak go dorwę - pomyślał poirytowany.
Pukanie do drzwi na nutę piłkarskiego ''Ole, ole, ole'' świadczyło, iż pod drzwiami stoi Wajcha, więc gospodarz szybkim krokiem podszedł do drzwi, przez judasza upewniając się, że wpuszcza właściwą osobę.
- No, siemasz, wariacie, mordeczko ty moja przebrzydła! - Od progu krzyczał Wajcha z butelką Jacka Danielsa w dłoni.
- Weź, zamknij ryj, bo sąsiadów obudzisz - syknął Krime, uściskawszy przyjaciela.
- Co robimy? Co robimy? Ja Ci powiem, co robimy! Ubierasz się i lecimy do Kosmatego, do baru, bo dzwonił, że znajdują się tam miłe panie, czytaj kurewki, więc lecimy, lecimy, nie śpimy! - zachęcał równo ''wystrzelony'' jak pocisk Wajcha.
- Kurwa, Maruś, nie chce mi się... Myślałem, że zamulimy u mnie na plejaku, powciągamy coś i pójdziemy nad ranem w kimę...
- Ty, weź nie świruj mi tu pawiana i sznuruj skoki, bo noc jeszcze młoda, a tutaj i tak skończymy z porannymi ptaszkami.
- ...dobra, ale weź coś posyp, bo usypiam. - poprosił Krime z oczami jak pięciozłotówki.
- Mówisz i masz. Daj jakiś podkład i może byś wreszcie ogarnął ten bajzel, bo tylko gówna tutaj brakuje - szydził przyjaciel, rozglądając się z kwaśną miną po mieszkaniu.
- Nie cyndol, jest jak w pałacu. - Zarechotali oboje.
Podczas ''kreślenia'' białych linii Krime opowiedział Markowi o wieczornym zajściu.
- Czaiłem się długo na tę starą z monopolowego, bo wiedziałem, że ma dobre utargi i wszystko poszłoby gładko, gdyby nie napatoczyła się psiarnia. Akurat jak waliłem w szybę, to przejeżdżały zenki i jeden z nich puścił się za mną. Skurwysyn był tak szybki, że na każdym winklu był coraz bliżej, a wiesz, że ja też zapierdalam całkiem nieźle. No i lecę, i lecę, a ten, kurwa, kundel dalej za mną. I widzę, że mnie dochodzi, a ja czuję, że zaraz się zrzygam. Przez to wczorajsze ćpanie myślałem, że zjadę, no i w końcu musiałem się zatrzymać. A ten już zza pleców drze pizdę ''stój bo strzelam''. No to mówię: ''Chuj! Kaplica albo pucha''. No ale stoję z tą samarą w dłoni, bo wiadomo, że nie puszczę siana, he, he!, i czekam, że może jakoś się fartnie i się zerwę. Czaisz, że jego przydup chciał zajść mnie od drugiej strony, ale tępy, jak każdy kundel, tak podjechał furą, że zasłonił tamtego. To dało mi moment, żeby się zwiatrować. Zaczęli do mnie grzać, pach, pach, pach! Ale wiesz, że jak ja lecę, to mnie kule nawet nie dogonią, he, he! Skitrałem się w tłumie jakiejś procesji i tyle mnie widzieli.
- Kurwa mać! No, to ładnie! Dobrze, że nic ci nie jest, brachu! A kasa? - zapytał dociekliwie Wajcha.
- Wszystko jest. - Krime mrugnął okiem. - Ponad dyszka, he, he! Mam też coś dla ciebie, na farta. - Uśmiechnął się, rzucając jak frisbee rulonem zwiniętych banknotów.
- No, to pięęęknie! Dziękówa, bracie! W takim razie, panie zarobas, dwa szczurki dla mnie i dwa... No, może trzy dla Ciebie! - rzucił Marek z uśmiechem godnym Zygmunta Hajzera.
- Dawaj! Wal i lecimy, bo zaraz mi się odechce... - wymruczał Krime.
- Podano do stołu! - Gestem kelnera zaprosił Wajcha.
Po opróżnieniu worka i kilku głębszych whiskey Krime narzucił swoją ulubioną czarną bluzę z kapturem i zasznurował znoszone czarne Air Maxy 90. Nie zapomniał o czapce z daszkiem, która kolorem nie odbiegała od reszty stroju. Gdyby nie ledwo widoczna spod kaptura twarz, ktoś mógłby wziąć go za murzyna, ale jak twierdził, to jest jego kamuflaż miejski i ''chuj komu do tego''. Wykonując nerwowe, nieskoordynowane ruchy żuchwami, wymsknęli się z mieszkania cicho jak złodzieje. Całą konspirę zakłócało rechotanie Wajchy, ale choć podnosił Krime'owi ciśnienie, to nie zamieniłby tego świra na nikogo innego. Prawdziwi przyjaciele do grobowej deski.
Pod klatką czekała na nich taksówka - butelkowy peugeot 406, a w nim zaznajomiony taryfiarz, który w razie czego milczałby jak grób. Młode wilki w drodze do pubu czuły się na tyle swobodnie, że nie żałowały sobie towaru wciąganego wprost z woreczka. Mijając kamienice i osiedla, Krime w pewnym momencie zamilkł i - jak po naciśnięciu przycisku ''mute'' - przestał słyszeć anegdoty wymieniane między pasażerami.
Znowu myślał o lepszym życiu, do którego to drogę musi znaleźć jak najszybciej. Za wszelką cenę. Te marne grosze z różnych źródeł nie doprowadzą go na szczyt łańcucha pokarmowego, dlatego trzeba polecieć grubo.
Gdy miasto pogrążone było we śnie, on planował. Jego życiem rządziła zbrodnia, niczym nadany mu przydomek pisany przez K.
0 komentarze