Prolog
Tego wieczoru powietrze, zamiast życiodajnymi proporcjami pierwiastków, karmiło płuca szkodliwymi substancjami unoszącymi się nad centrum Katowic. Toksyczna mikstura wydobywająca się z samochodowych katalizatorów osiadała na spoconej skórze, wabiąc muchy niczym słony łep. Kulawy pies dojadał na chodniku resztki jedzenia znalezionego w pobliskim śmietniku, a leniwe koty wylegiwały się na pokrytych sadzą parapetach. Dodatkową atrakcją dla nozdrzy był smród fekaliów stojący w miejscu, jak i ten menel oparty o bramę, który majaczył pod nosem do mijających go obojętnie przechodniów: ''Może ma pan drobną złotówkę lub dwie...''
Piękno otaczającego krajobrazu dopełniały krzyki dobiegające z ciasnych mieszkalnych klitek, gdzie z niewiadomych przyczyn ojciec terroryzował rodzinę żołnierskim pasem, pytając grzecznie: ''Dlaczego, kurwa jego mac, zupa jest za słona?''. Piękno śląskich realiów w czystej, a raczej brudnej, postaci. Nic dodać, nic ująć..
Po drugiej stronie ulicy Słowackiego kończył dzień pracy właścicielki sklepu monopolowego, zaliczającego jak co weekend spory utarg. Kobieta zbijała fortunę na młodzieży oraz stałych bywalcach raczących się całym wachlarzem trunków wyskokowych nabytych w drodze do pobliskich klubów lub obalanych po sąsiedzku. Miała już serdecznie dość tego starego klarneta, który za wyżebrane pieniądze pił litrami tanie wino ''Patykiem pisane''. Na domiar złego męczył jej uszy tanimi komplementami podkreślającymi jej urodę - choć wiedziała, że lata świetności ma już dawno za sobą. Z drugiej strony schlebiały jej te epitety, bo jej stary dawno zapomniał języka w gębie, o reszcie nie wspominając.
- Pani Halinko, hep! ja dla pani to bym wszystkie gwiazdy z nieba ukradł, hep!, i dał w prezencie, hep!. Niech pani słowo powie, a zaniosę do auta na rękach, hep!
- Pan byś nawet sam się nie dotoczył do mojego samochodu, panie Mietku, więc niech pan lepiej idzie spać, póki kobita jeszcze chce na pana patrzeć.
- Eee tam! Moja to już dawno gdzieś w długą poszła, hep!, z tym kacapem spod szóstki, ale ja mu jeszcze, gnojowi, pokażę, hep!, gdzie raki zimują... ''Sieeedem dziewcząt z Albatrosa tyś jeeedynaaa, dziś pozostał mii po tobie, hep!, smuuuutek żaaal...''.
- Dobranoc, panie Mietku! - odparła, przekręcając gerdę w zamku, po czym skierowała się w stronę starego opla, który już za czasów RFN-u ledwo zipał.
Utarg, jak zawsze, niosła w torebce. Namierzenie w niej kluczyków - pomiędzy tuszami do rzęs, szminkami i całą stertą zbędnych przedmiotów, o których posiadaniu już dawno zapomniała - było nie lada wyczynem. Podczas niezdarnych prób wyłowienia pęku część kobiecego dobytku wypadła na chodnik, więc natrętny Mieczysław już rozpędzał się z pomocą. Niestety potężna, wysokoprocentowa siła niczym magnes ściągnęła go z linii prostej na manowce w postaci krawężnika, z którego poleciał na łeb na szyję. Będąc jednak doświadczonym ''sportowcem'', zastosował jeden z padów ratujący nos przed którymś z kolei złamaniem. Na Halinie nie zrobiło to szczególnego wrażenia, bo wiedziała, że ten podstarzały amant ma więcej żyć od podwórkowego kota, skupiła się zatem na skolekcjonowaniu drobiazgów, które wypadły jej z torebki. Od samochodu dzieliło ją kilka metrów. W jej głowie już się rozgrywał kolejny odcinek ''Na Wspólnej'', ale aby faktycznie go obejrzeć, musiała jeszcze dotrzeć do domu, po drodze zatrzymują się przy wpłatomacie.
Gdyby tylko miejski zgiełk nie uśpił jej czujności...
- Aaa... szkoda gadać. Anka ciągle się złości, że nie ma mnie w domu i że pracuję po nocach, ale ciągle jej tłumaczę, że te pieniądze z nocnych zmian są nam potrzebne, bo lada moment małego trzeba będzie wysłać do przedszkola. Myślę, że martwi się o mnie, ale... Ty, lepiej słuchaj tego!
- ''Skazany na śmierc bandyta uciekł z aresztu. Szeryf rozesłał do sąsiednich miejscowości zdjęcia przestępcy: z przodu, z lewego i z prawego profilu. Nazajutrz ze wszystkich miasteczek przyszły odpowiedzi: Zdjęcia otrzymaliśmy. Wszystkich trzech zastrzeliliśmy''.
Pomiędzy streszczeniem wczorajszego - przegranego meczu reprezentacji biało-czerwonych a głupimi żartami o kowbojach i Indianach otrzymali koordynaty patrolu centrum, gdzie często dochodziło do rozbojów i kradzieży. Idealna robota dla dwóch tajniaków. Rechocząc z żartu, który nie roześmiałby nawet gimnazjalisty, skręcili w Słowackiego. W oddali dostrzegli zakapturzoną postać ubraną na czarno, która w szybkim tempie przekroczyła jezdnię, wykonując ręką zamach w kierunku stojącego na ulicy samochodu. To był ten moment, gdy białko ścina się w mięśniach. Szybki już ustawiał się do wylotu.
- Kurwa, co za niefart! - pomyślał, szykując się na szaleńczy bieg; bieg ku wolności.
Szybki wyskoczył z toczącego się jeszcze samochodu z okrzykiem na ustach:
- Stój, policja! - I podążył sprintem w kierunku podwórka, gdzie mignął mu zakapturzony uciekinier.
Zdążył tylko odwrócić głowę, by sprawdzić, co się dzieje z osobą w samochodzie, ale gdy spostrzegł, że poszkodowaną kobietą zajmuje się jego partner, oddał się pościgowi. Kilkoma susami przebył drogę przez plac do muru, na który wdrapał się bez problemu, jednak podczas przeskoku wypadł mu z kieszeni telefon.
- Trudno!
Złodziej miał lekkie fory, ale węch i instynkt charta prowadziły Szybkiego we właściwym kierunku. Domyślał się, że ma do czynienia z zuchwalcem, który porwał torebkę, więc łup na pewno go spowolni. Przelatując przez klatkę schodową kamienicy, wybiegł na równoległą ulicę i przez chwilę nawiązał kontakt wzrokowy, ale złodziej znowu zniknął mu za rogiem. W myślach powtarzał tylko:
- Lewa prawa, lewa prawa, lewa prawa... - Jakby kończyny były posłuszne rytmowi wypowiadanych w głowie słów.
Przyspieszał. Serce osiągnęło właściwy rytm, niczym podtlenek azotu dostający się do cylindrów silnika, i biegł jeszcze szybciej. Wiedział jak rozłożyć siły i prawidłowo oddychać, by nie paść po kolejnych metrach. Za kolejnym rogiem wybiegł na długą prostą i wtedy go dojrzał. Wysoki, szczupły, wyraźnie zasapany, ale dalej, twardo, nie chciał się poddać, choć nie miał gdzie uciec, bo wzdłuż obydwu stron ulicy ciągnął się mur. Po raz kolejny wrzasnął: ''Stój, policja!'', ale ta próba wypompowała tylko cenne powietrze z jego płuc. Oddał w powietrze strzał ostrzegawczy, ale na zakapturzonym człowieku nie zrobiło to większego wrażenia, tylko dało mu do zrozumienia, że pościg się zbliża coraz większymi krokami, a następny pocisk powędruje w kierunku jego ciała.
Czekał na moment, gdy złodziej wystawi się na pozycję lepszą do strzału. Kiedy poczuł, że zaczyna brakować mu sił, zatrzymał się, przyklęknął, dobył broni i starając się uspokoić oddech, wycelował w postać pląsającą jak piłka w Arkanoidzie.
- Tylko spokojnie! - nakazał sobie w duchu.
Ale ruchliwość czarnego punktu przed muszką nie pozwoliła nacisnąć na spust, poza tym ulica była pełna przechodniów, co uniemożliwiało oddanie strzału. Stracił cenne sekundy, więc nie tracąc kolejnych, szybkim ruchem odłożył broń do kabury i rzucił się w dalszą pogoń. Sprint przeistaczał się w maraton i wszystko zależało od tego, jak rozplanuje siły. Miał tylko nadzieję, że tamten nie żałuje sobie używek, a jego serce jest bliskie zawału.
- Lewa prawa, lewa prawa, lewa prawa... - powtarzał niczym mantrę krzepiącą nogi.
Liczył na kolejną szansę na oddanie strzału, ale wiedział, że tym razem nie może się zawahać. Czekał na idealny moment.
- Lewa prawa, lewa prawa, lewa prawa...
Uciekinier zaczynał już wyraźnie słabnąc, a dystans pomiędzy nimi się zmniejszał. Jeśli nie zatrzyma złodzieja na kolejnych metrach, to możliwe, że ten zniknie pośród labiryntu zaułków i przecznic starego miasta i więcej go nie zobaczy. Teraz albo nigdy.
- Stój, bo strzelam! - Poprzez świszczący oddech własnych tchawicy i breakcore'owego rytmu serca usłyszał za plecami uciekinier. Wiedział, że po tej komendzie pocisk zostanie skierowany w jego nogi bądź plecy. Skamieniał. Choć kilkugramowa torebka ciążyła mu jak stukilowy balast, mocno trzymał ją w dłoni. Prędzej padnie trupem, niż odda to, na co tak długo polował. Myśli zalewały mu umysł niczym spiętrzony wodospad. Ten pies był zawzięty i nie chciał odpuścić. Mimo iż z młodzieńczych lat utrzymał kondycję zapaśnika, wiedział, że nie będzie już w stanie zgubić policjanta w klasycznym biegu.
- Myśl, synek, i to szybko - ponaglał się niewerbalnie.
Każda sekunda działała na jego niekorzyść. Kolejny dziewięciomilimetrowy pocisk przesuwał się do komory spustowej. Z drugiej strony miał chwilę na regenerację i czas na to, by pomyśleć, co dalej. Stał plecami do wylotu lufy i nie wiedział, jaka dokładnie odległość dzieli go od tajniaka. Szybko dotarło do niego, że jeśli czegoś nie wymyśli, to może na kilka lat pożegnać się z wolnością albo skończyć jak paru ziomków, co myśleli, że są szybsi od ołowiu. Nie ściągając z głowy kaptura, wolno obrócił się w kierunku źródła okrzyków dedykowanych jego osobie. Był na skraju wyczerpania i choćby chciał, nie byłby w stanie wydobyć z siebie niczego poza niestrawionym obiadem od chińczyka - resztkami silnej woli pohamował odruch wymiotny.
Od policjanta dzieliła go odległość nie większa niż sto metrów. Tamten był wysportowanym brunetem o lekkoatletycznej postawie i miał się dużo lepiej od niego - choć mocno zmęczony, mierzył stabilnie. Lufa skierowana w jego pierś uświadomiła mu, gdzie celuje przeciwnik.
Policjant ponownie nakazał odłożyć torebkę na ziemię i unieść ręce wysoko do góry.
- Kurwa! Co robić? - pomyślał w popłochu. - Przecież jeśli się poruszę,wychylając w którymkolwiek kierunku, to w najlepszym wypadku obudzę się w więziennym szpitalu na Mikołowskiej albo skończę jak paru ziomków, co myśleli, że są szybsi od ołowiu.
Rzucił torebkę na prawą stopę, która była wysunięta bardziej do przodu, a ręce wzniósł w kierunku nieba, licząc na jakiś cud. Sekundy zamieniły się w minuty, a ulica opustoszała. Ludzie na ulicy rozproszyli się, spłoszeni wystrzałem, i tylko jakieś stare dewoty obserwowały całe zdarzenie zza firanki. Zrozumiał, że jest w sytuacji bez wyjścia...
- Kurwa, a było już tak pięknie! - pomyślał Krime.
Na bucie spoczywa ''rolada'', a on jest bezsilny w obliczu narwanego tajniaka, spragnionego kolejnego awansu - niczym pies czekający na kotlet wołowy po całym życiu wcinania ''Chappi''. Kiedy już chciał spełnić kolejny rozkaz i położyć się na asfalcie, wsparł ręce na kolanach, jakby chciał zwymiotować, gdy z lewej strony skrzyżowania dobiegł znajomy dźwięk policyjnej syreny. Majacząca w oddali błękitna poświata potwierdziła jego obawy. Jedzie wsparcie.
- ''No i, w pizdu, wylądował!'' - zacytował w myślach Siarę z ''Killera'', pogodzony z tym, że jednak dziś już kolacji w domu nie zje.
Przed oczyma przeleciały mu wszystkie niespełnione marzenia. W umyśle pojawiły się obrazy z życia, które w zawrotnym tempie męczyły go jeszcze bardziej niż kolka.
- To koniec... - pomyślał.
Akcja toczyła się dalej w zwolnionym tempie. Srebrna kia zbliżała się coraz bardziej. Zamiast zahamować po lewej stronie zatrzymanego, stanęła prosto przed nim, czyli centralnie na linii strzału broni Szybkiego. Kierowca samochodu nie wiedział, gdzie znajdował się jego partner, bo wyjechał z ciasnej ulicy i całą uwagę skupił na podpartej zakapturzonej postaci.
- Tępaki. Za takie mądrale uczciwi ludzie płacą podatki, a ci popełniają podręcznikowe błędy. - Nie zastanawiając się zbyt długo, podrzucił stopą torbę do góry, jak dryblujący Pele, i wykorzystał tych kilka sekund, rzucając się ostatkiem sił do ponownej ucieczki.
Kierowca, łapiąc się w końcu na swoim błędzie, skierował pistolet w stronę farciarza i bez żadnej komendy zaczął opróżniać magazynek w kierunku wycieńczonego młodzieńca. Zatrzymał palec dopiero wtedy, gdy zza rogu prostopadłej przecznicy wyłoniła się procesja Bożego Ciała. Czarny strój zlał się z uczestnikami uroczystości i przepadł gdzieś pośród coraz większej ilości ludzi zalewających ulicę. Policjant zauważył tylko palec - środkowy palec uniesiony jak hostia ponad głowami wiernych.
0 komentarze