Krime Story
Obsługiwane przez usługę Blogger.
- Halo, halo... Dzień dobry... Obudź się...
- Daj mi spokój!
- Kamila wstawaj, bo nie zdążysz do szkoły!
- Nie idę do żadnej szkoły!
- Jeśli zaśpisz i nie zdążysz do szkoły, dostaniesz zakaz używania telefonu!
- To kupię sobie nowy!
- Kupisz sobie nowy telefon, jak będziesz mieć własne pieniądze, a póki co jesteś na naszym utrzymaniu. Wstawaj!
- Jesteś wredna mamo! Tak cholernie wredna...
- Nie przeciągaj struny i nie wyrażaj się tak! Za 30 minut widzę cię na dole, na śniadaniu.
Dziewczyna zakryła się kołdrą po sam czubek głowy.
- Jeszcze chociaż 3 minuty - pomyślała.
Wstawanie do szkoły było dla niej najgorszym koszmarem - porównywalnym z utratą nowego iPhone'a.
Otwierając powoli oczy pokryte warstwą czarnej konturówki, zaczęła budzić się do życia. Był słoneczny czerwcowy poranek. Za oknem ćwierkały ptaki, a poza ich odgłosami było cicho i spokojnie. Przeciągając się jak kot na satynowej pościeli, ziewała, drapiąc się w zgrabny pośladek. Sięgnęła po komórkę, aby sprawdzić, czy przypadkiem żadna koleżanka nie napisała z jakąś niecierpiącą zwłoki sprawą, ale telefon wskazywał tylko godzinę 6:30. Usiadła na łóżku, czochrając się po blond włosach, jakby kolonia wszy zaatakowała jej skalp.
Podeszła do okna i gdy upewniła się, że ogrodnik dzisiaj ma wolne, wyjęła z torebki czerwonego marlboro. Zaciągając się jak stary palacz, nasłuchiwała, czy przypadkiem matka nie idzie ponaglić jej na śniadanie, ale za drzwiami panowała cisza. Gdyby matka dowiedziała się, że pali, miałaby na pewno karę - nie tylko na telefon. Utrzymywała rodziców w przekonaniu, iż jest grzeczna jak Królewna Śnieżka.
Gdy skończyła, spryskała pomieszczenie nowymi perfumami Chanel, a niedopałek zawinęła w papier toaletowy i spuściła w ubikacji. Podeszła do toaletki i zaklęła na widok niezmytego makijażu, o którym zapomniała, kładąc się spać. Zamiast sięgnąć po waciki i płyn mineralny, wzięła do ręki kredkę i poprawiła kontur oka niczym Picasso - podkolorowując powieki innym odcieniem, żeby nie było, że to ten sam look co wczoraj. Powąchała kosmyk włosów, stwierdzając, że nie jest tak źle, aby musiała myć głowę, więc odkręciła kurek i napuściła wody do wanny z hydromasażem. Podeszła do ogromnej rozsuwanej szafy i zaczęła przebierać w galanterii niczym w ciucholandzie, z tym, że niewłaściwe typy stroju lądowały na podłodze za plecami, bo przecież sprzątaczki ułożą wszystko z powrotem.
- Trzeba się odstrzelić, żeby sobie suki nie myślały - pomyślała z przekorą.
Po kilku minutach grzebania skompletowała strój w postaci skórzanych opiętych spodni od Versace i obcisłej bluzki z Zary opinającej jej krągłe piersi. Całość dopełniła skórzana ramoneska od Elizabetty Franchi. Modnie.
Na hi-fi zapuściła nowy kawałek Beyonce, naśladując przed lustrem ruchy z teledysku i przeraźliwie fałszując refren. Wygibasy wprawiły ją w lekką zadyszkę, więc udała się z powrotem do łazienki, gdzie piana o jaśminowym zapachu prawie wylewała się z wanny. Spięła włosy i weszła do wody, sprawdzając, czy aby nie jest za gorąca ani za zimna. Była idealna.
- Ach...! Najmilsza część poranka.
Sięgnęła po maszynkę do golenia. Nie przestając zawodzić, zaczęła od nóg, kończąc na łonie. Leżała w gorącej wodzie wspominając tamtego chłopaka. Zamknąwszy oczy, sięgnęła dłonią między nogi i zaczęła się onanizować. Marzyła o jego muskulaturze i silnym uścisku. Wyobrażała sobie, jak bierze ją, szarpiąc za włosy. Ruchy palcami stawały się coraz szybsze. Z nadchodzącego orgazmu wyrwał ją krzyk matki z dołu.
- Kamila, pośpiesz się!
- No, idę! Już idę...! - wrzasnęła wyrwana z rozkosznego stanu, po czym, nie dokończywszy igraszek, sięgnęła po ręcznik z grubej frotte.
Wytarła opalone ciało i podeszła do toaletki. Delikatnie przeczesując fryzurę - aby przypadkiem nie zerwać tulejek, na końcu których były doczepione włosy - wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze.
- Jestem taka piękna - pomyślała nieskromnie. - Jeszcze tylko parę ruchów lokówką i voila!
Ponaglana znów przez Matkę szybko ubrała się i, nie zapominając o telefonie, zbiegła po schodach do kuchni.
- No, dzieńdoberek mój śpioszku - rzekł ojciec znad gazety.
- Dobry... dobry... - odparła z grymasem.
- Jak co dzień, pięknie wyglądasz.
- Dzięki tato.
- Kamila jedz szybko, bo znowu spóźnisz się do szkoły. Tak dobra uczennica jak ty nie może się tak zachowywać - ponaglała matka.
Dziewczyna sięgnęła po pieczywo, nakładając na kromkę ciemnego chleba kupkę jajecznicy z przepiórczych jaj z dodatkami wędzonego łososia.
- Tatooo? A rozmawiałeś już z ludźmi z klubu?
- Z jakiego klubu? - odparł ojciec z pytającą miną.
- Helooo! Za ponad miesiąc mam osiemnastkę! Pamiętasz?! - rzekła pretensjonalnie z pełną buzią, wykonując przy tym dziwny ruch ręką i głową, niczym kura.
- Aaa...! Pamiętam, pamiętam, córciu. Na dniach będę widział się z managerem klubu i wszystko dopniemy. OK?
- OK... A dostanę wreszcie auto? Pamiętasz, że chcę nowego mercedesa, tego takiego małego, co z przodu wygląda prawie jak twój. Wiesz.
- Masz na myśli nową A-klasę. Zobaczymy. - Uśmiechnął się ojciec, mrugając okiem. - Na razie jedz szybciej, bo szkoła czeka, a nauka to potęgi klucz!
- Szkoda, że ty w moim wieku się nie uczyłeś...
- To były inne czasy i jestem mężczyzną... Poza tym nie mędrkuj, bo dostaniesz hulajnogę z Tesco!
- Kamilciu, skarbie, kończ, a ja już idę po samochód do garażu - ponaglała ponownie matka, kompletując kluczyki i drobiazgi do torebki. - Pa, Robert! Widzimy się wieczorem - rzuciła w stronę męża, na co ten tylko skinął głową.
Przed willą czekała matka - w najnowszym porsche panamera turbo na czarnych 21-calowych felgach. Mijając basen, przejechały przez bramę otwieraną na pilota i udały się w kierunku prywatnego liceum ogólnokształcącego imienia Adama Mickiewicza. Mijając równie okazałe wille, wybudowane na osiedlu Ptasim, kobiety rozmawiały o modzie, tipsach i silikonowych piersiach, które Kamila chciała sobie zrobić. Matka obiecała, że porozmawia z ojcem i jeśli się zgodzi, to umówi córkę ze swoim chirurgiem plastycznym, co wywołało niemały entuzjazm u dziewczyny. Mijając przedmieście, zajechały pod ogólniak.
- Jak wrócisz do domu, to pani Zosia zrobi ci obiad, a ja jadę do salonu. Weź taksówkę, bo nie dam rady po ciebie przyjechać. Pa!
- Mamo, nie zapomniałaś o czymś?
- Aha, pieniądze! Boooże, nie mam przy sobie gotówki. Weź jedną z moich kart kredytowych.
- Dzięki. Pa, pa! - trzasnęła drzwiami.
Liceum, do którego uczęszczała Kamila, było typową prywatną szkołą bogatych dzieci ogromnie bogatych rodziców. Jak w każdej tego typu szkole czy uczelni najważniejszym elementem nie była nauka, a zdobyte koneksje. Zdobyte układy, po zakończeniu edukacji, usytuują pociechy na wysokim - kierowniczym stanowisku, bądź pozwolą na zarządzanie rodzinnym majątkiem. Uczniowie byli rozwydrzeni, do czego nauczyciele - zaspokajani grubymi kopertami, aby nauka toczyła się prawidłowym torem - przywykli. Chłopcy stylizowali się na właścicieli jachtów, a dziewczynki były szykowne niczym modelki. Panowała ostra konkurencja na zasadzie, kto ma lepsze ciuchy i kto ma więcej kieszonkowego w portfelu. Wszyscy byli ''bananowymi'' dzieciakami udającymi dorosłych ludzi.
Kamila, zamiast do klasy, udała się prosto do damskiej toalety. Każdy dzień lekcyjny rozpoczynał się rytualnie od papierosa, bądź skręta z marihuany, a w oparach dymu koleżanki wymieniały się anegdotami i plotkami. Oczywiście w toalecie panowała selekcja i "cipowate" - jak je nazywały - grzeczne dziewczynki nie miały do niej wstępu. Tego dnia znajdowało się w niej kilka grupek uczennic.
- No, siemaaa!
- No, heej! - Rzuciły się sobie na szyję, klaszcząc dłońmi i podskakując jak piłeczki.
- Opowiadajcie, co tam u was!
- Aaa... ja mam przejebane po ostatniej imprezie, jak wróciłam z obrzyganymi włosami do domu. Ojciec się tak wkurwił, że prawie zabrał mi telefon, ale skończyło się na kilkudniowym ucięciu kieszonkowego. No, i mam ciotę... - relacjonowała Magda z klasy Kamili.
- No, co ty gadasz?! Przecież jak się rozstałyśmy, to wyglądałaś całkiem trzeźwo - odparła skonsternowana Kamila.
- Wiem, ale ten mefedron miał jakiś opóźniony zapłon, chyba, bo w taryfie miałam straszny helikopter. A może to po tych pigułach...? - zastanawiała się Magda.
- Na następny raz musimy sobie załatwić kokę, bo mnie też prawie nakryli. Stara świeciła mi po oczach latarką ha, ha, ha! - szydziła Kamila - ale jest na tyle niekumata, że ściemniłam, że to od dymu w klubie. Czujesz? - nabijała się z matki.
- No raczej, raczej.
- A ty, Basia? Robiłaś test ciążowy? - zapytały prawie chórem Kamila i Magda.
- Robiłam i na szczęście nic nie wyszło. Przecież starzy ujebaliby mi głowę, jakbym przytaszczyła bachora. Masakra! Ten bojek chyba strzelał ślepakami, bo doszedł we mnie, aż mi się po nogach lało cały wieczór! - rechotała Basia. - Ale fajny był... Zerżnął mnie jak trzeba.
Na słowo ''rżnięcie'' znowu zaczęły się chichrać i podskakiwać jak piłki pingpongowe, klaszcząc dłońmi jak foki płetwami.
- A co ja tutaj maaaam?! - zapytała retorycznie Magda, machając skrętem z marihuany.
- No, pierdolisz! Skąd masz? - zapytała Kamila.
- Brat mi dał. Podobno dobrze kopie.
- To dawaj, odpalaj stara, bo mi chuj od matmy zaraz będzie pierdolił, że znowu się spóźniam, pryk jebany - ponagliła Basia, wyrywając skręta z dłoni Magdy.
- Ej, dziewczyny, a może pójdziemy dzisiaj gdzieś na wagary?! - zaproponowała Kamila. - Mam kartę od mamy, więc możemy zaszaleć - kusiła, wymachując złotą kartą kredytową matki.
- Mi nie musisz powtarzać - skwitowała Basia, odpalając jointa.
Nie przejmując się ewentualną kontrolą nauczycieli, dziewczyny dokończyły skręta i niczym zjarane Aniołki Charliego wyszły ze szkoły. Dyżurnemu pilnującemu drzwi zostawiły stówę, uczulając go, że jakby ktoś pytał, "zatruły się i poszły do domu".
Magda, jako że była kilka miesięcy starsza, na osiemnaste urodziny dostała nowiutkie białe audi A4. Zaprosiła koleżanki do wnętrza samochodu, po czym z piskiem opon odjechały spod szkoły w kierunku centrum.
- To gdzie jedziemy? - zapytała Magda.
- Jedźmy do Silesii na jakiś shopping, a później zobaczymy - zaproponowała Kamila z oczami jak chińczyk.
- Hu, huuu! - krzyknęła Basia, pogłaśniając utwór grający w samochodowym odtwarzaczu.
"If you a bad bitch put your hands up high, hands up high, hands up high''- na te słowa dziewczyny uniosły ręce w górę, wymachując do rytmu.
- Kocham was, wy suuukiiii! - wrzasnęła Magda, dociskając pedał gazu.
Poranek, a właściwie popołudnie należało do tych, kiedy Krime wolałby wcale się nie obudzić. Głowa pękała mu od nadmiaru whiskey, której wypił w nocy chyba z galon. Nos miał ledwo drożny przez marnej jakości kokainę, a pragnienie paliło gardziel jak diabli. Do tego duszności przeplatane delirycznymi drgawkami, a zamiast nubijskiej piękności u boku, Wajcha chrapiący jak zepsuty ciągnik.
- Zajebiście - pomyślał Krime.
Z miernym skutkiem próbował przywołać wspomnienia minionej nocy. W głowie pojawiały się retrospekcje w postaci zdjęć bądź stop-klatek obrazujących imprezę u Kosmatego. Przebłyski pamięci przedstawiały sceny jak z ''Las Vegas Parano''. Kreski na zlewie... cięcie. Toasty z gwinta... cięcie. Krągły tyłek nabity na jego penisa... cięcie. Latające w powietrzu stoliki, szklanki... cięcie. Wymioty spadające do kibla jak wodospad... cięcie.
- Co tam się, kurwa, działo! - krzyczał w myślach.
Zwlekając się z łóżka jak pacjent po operacji, podszedł do okna, by uchronić się przed wpadającymi do wnętrza pomieszczenia promieniami słońca. Światło paliło go w oczy i skórę, przyprawiając o mdłości. Czuł się jak Hrabia Dracula po orgii z udziałem dziewic. Mimowolnie spojrzał na dłonie odrapane na kostkach, ubarwione dodatkowo plamami zaschłej krwi, która na pewno do dziewic nie należała. W drodze powrotnej do łóżka odbił się od stolika i niczym pikujący samolot wpadł z powrotem w pielesze.
- Ożeż ja pierdolę! - zaskomlał, szturchając śpiącego obok kumpla, ale ten nie wykazywał oznak życia. - Marek... Marek, weź się obudź... Marek, kurwa! - mamrotał, szamocząc wspólnika za ramię.
- Yyy... eeyyy... Co, co jeeest? - odparł ledwo żywy kompan, odklejając się od poduszki.
- Jajco...! Żyjesz?
- Yyy... ja pierdolęęę, gdzie jesteśmy?
- W pałacu Szeherezady... A gdzie, kurwa, możemy być? U mnie... - szydził trochę bardziej rozbudzony Krime.
- Co się wczoraj działo... Co się tam, kurwa, działo... - zaczął Wajcha, obracając się do ziomka z zamkniętymi oczyma.
- Ja, właśnie, średnio pamiętam...
- Przecież ty jesteś poważnie jebnięty! Po co wypłaciłeś liścia temu, jak mu tam... Ja sobie dupczyłem jak trzeba na pokoju i słyszę jak lecą już szklanki, więc ledwo badeje założyłem... i wpadam na salę, a tam już haja, bo on ten, jak mu tam... był z jakimiś pedałami i zaczęli cię oprawiać. No to wjebaliśmy w nich jak Hanka w kartony, że ledwo się pozbierali. Ale Kosmaty kazał nam się zawijać, bo rozjebaliśmy mu bar. Świrze ty... he, he, he!
- Bez kitu? Coś kojarzę, że jakieś głupie żarty miał, coś pierdolił, że mnie wiatr porwie, to dostał plaskacza i się zaczęło, chyba...
- He, he, he! No, chyba, he, he, he! Ale jaką sukę wczoraj dopadłem, to jest koniec! - ekscytował się Wajcha. - Silikony, usta zrobione, dupka jak marzenie, mmm... Chuj tam, że wzięła 400... warto było.
- Ja to moją wspominam od dupy strony tylko... - Obaj zarechotali po chwili ciszy. - Praktycznie nic nie pamiętam...
- Ale zafurczał ci - szydził Wajcha - czy flopik?
- Weź, goń się! - odparł stanowczo, ale z uśmiechem Krime, siadając na łóżku.
- Ha, ha, ha... ale jesteśmy jebnięci, ha, ha, ha...! - Marek zwijał się ze śmiechu. - Ty, która jest godzina?! - krzyknął, otwierając oczy jak po zastrzyku adrenaliny w serce.
- Po 13, a co?
- Kurwa jego mać! Z Baśką idziemy dzisiaj na imieniny jej matki! W pizdu, ale mam lipę! - Szamotał się Marek, wystrzeliwszy z łóżka jak kot, na cztery łapy. - Lecę, bo przecież ona mnie zeżre żywcem! - krzyczał, próbując założyć buta i podskakując na jednej nodze.
- Dobra, leć, leć...! Ona to ma do ciebie zdrowie, facet...
Pomimo szybkiego rynsztunku, Wajcha wyglądał jak pożal się Boże w wygniecionym longsleevie z plamami krwi na kołnierzyku, który odpruł się do połowy podczas walki. Fryzura przypominała ptasie gniazdo głaskane na darmo, by ułożyło się w coś konstruktywnego. Twarz napuchnięta jak balon. Obaj wyglądali jak zombie po ataku na Los Angeles. W progu obrócił się na pięcie, cisnął w kierunku stolika znajomą kulkę ze srebrnej folii i mrugając okiem rzekł do Krime'a:
- To cię postawi na nogi! Arrivederci amigo! - Po czym zniknął, trzaskając drzwiami.
Krime zastanawiał się, po co mu dziewczyna, skoro i tak za plecami robi swoje. Nawet gdy zamieszkał z Baśką, to i tak głównie nie było go w domu, a potrafił znikać nawet na trzy - cztery dni, po czym wracał z bukietem kwiatów zerwanych pod blokiem, kajając się jak szczeniaczek.
- Jego sprawa, jego życie. - skwitował w myślach.
Po wyjściu przyjaciela chciał podejść do lodówki, ale przecież jej nie miał. Na kuchennym miniblacie znalazł kilka kromek suchego chleba i resztki pasztetu, ale po wmuszeniu w siebie paru kęsów popitych starą colą pobiegł do ubikacji, która jeszcze bardziej spotęgowała wymioty. Widok swej twarzy w małym lusterku ukazał mu rany bojowe w postaci siniaka pod okiem i rozciętej wargi, których wcześniej nawet nie odczuł. Krótką chwilę patrzył w swoje oczy, ale nie zniósł własnego spojrzenia zbyt długo. Nie lubił siebie i swojej twarzy. Był stosunkowo przystojnym chłopakiem, ale nie dopuszczał do siebie tej myśli. Postanowił wziąć prysznic, choć woda wydawała się odpychająca na tle dreszczy i drgawek co jakiś czas przeszywających jego ciało. Gorące strugi spływające po skórze osłabiały go jeszcze bardziej. Wsparty dłońmi i czołem o brudne kafelki trwał przez dłuższą chwilę w umysłowej pustce. Gdy pod wpływem temperatury podgrzała się krew w jego ciele, zaczął sapać i łapać powietrze jak karp, z trudem nie tracąc przytomności. Ze sznurka rozciągniętego pod sufitem zdjął ostatnią sztukę czystych bokserek zmaltretowanych wielokrotnym praniem w wysłużonej frani, po czym, drepcząc jak kaczka, udał się z powrotem do ciasnego pokoju.
Z kilkunastominutowej drzemki wyrwała go syrena policyjnego wozu przejeżdżającego obok bloku. Czy była to straż, czy karetka, wnętrzności zawsze podchodziły mu do gardła jakby zaprogramowane strachem. Zerwał się do okna, obserwując, czy przypadkiem radiowóz nie zajeżdża pod klatkę, ale stróże prawa pomknęli dalej - przez rondo przy Spodku w stronę Koszutki. Dawka strachu obudziła go na dobre, więc o spaniu już nie było mowy. Dobrze znał ten sygnał nieraz słyszany za plecami. Zasiadł do tego samego co zawsze stolika i plastikową kartą z Tesco nakreślił kilka kresek tej samej substancji, której po części zawdzięcza swoje marne samopoczucie.
Sam nie wiedział dlaczego tak często sięgał po kokainę, ale chyba chciał się znieczulić, cieleśnie i mentalnie. Uciekał od rzeczywistości w krainę wysokiego stanu euforii. Ten stan uzależnił go już dawno temu, a kokaina była praktycznie codziennością w jego życiu. Jak zwykł mawiać: ''Świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia''.
Towar na tyle postawił go na nogi, że postanowił wyjść na miasto w celu odnalezienia sprawcy skrzepów krwi w nozdrzach. Wczoraj obiecał sobie, że go złapie i wyperswaduje ręcznie, aby takiego gówna więcej mu nie wciskał. Zawsze był słowny, nawet w stosunku do siebie. Sięgnął po telefon, ale abonent nie odpowiadał.
- Pewnie kanalia włączy się dopiero wieczorem - pomyślał - ale nie zaszkodzi zrobić rundy po dzielni w nadziei, że może gdzieś się trafi.
Chowając w kieszeni kastet, mocno zasznurował buty i po cichu wyszedł z mieszkania. W windzie obklejonej na przemian wlepkami GieKSy i Ruchu napotkał starszą kobietę z równie starym psem, lecz odwrócił się do niej plecami, przeciskając się przed nią do wyjścia. Kobieta ten gentlemański gest skwitowała słowami: ''Ależ ta dzisiejsza młodzież jest kulturalna'', na co Krime przystanął, obrócił się i zimnym złowrogim spojrzeniem spod byka uświadomił jej, iż nie jest w najlepszym nastroju na takie komentarze. Kobieta znając osiedlowe realia i dzisiejszą młodzież, wzięła kundelka na ręce i szybkim krokiem wyprzedziła szarmanckiego młodzieńca.
Był wkurwiony. Kac przeistoczył się w stan, w którym lepiej go nie zaczepiać. Był wkurwiony na wszystko. Wychodząc z klatki rozejrzał się po okolicy, czy aby przypadkiem nie czai się gdzieś policja i szybkim krokiem, mocno zaciskając kastet w kieszeni, udał się w kierunku katowickiego centrum. Podążając wzdłuż bloku nucił frazy rapowego utworu" ''...nie ma słońca bóg o nas zapomniał...'', jakby autor o pseudonimie Kali wiedział, jak wygląda jego okolica.
Superjednostka. Tak dźwięczną nazwę nosił postkomunistyczny moloch, w którym przyszło mu pomieszkiwać. Był jednym z największych bloków na terenie Polski. Mieszkało w nim parę tysięcy ludzi, a przekrój towarzystwa zaczynał się od normalnych obywateli pracujących od 8 do 17 po złodziei i prostytutki gnieżdżące się w kilkunastu agencjach mieszkaniowych. Blok tętnił życiem do późnych godzin nocnych i nierzadko z okna leciał telewizor bądź stara kanapa, której nie chciało się komuś dźwigać z wysokiego piętra. Na skwerze żule wychylały kolejnego jabola, a umorusane dzieci ganiały się w berka, z przerwami na papierosa.
Minął siłownię znajdującą się w pobliskim blaszaku i oszklony biurowiec, który latami straszył mieszkańców swym szkieletem. Pośród asfaltu i płyt chodnikowych gdzieniegdzie znajdowały się skupiska trawy usłane psimi odchodami; nie brakowało i ludzkich ekskrementów. Wąską alejką udał się w kierunku dworca autobusowego, ale niebezpiecznie zbliżał się do miejsca wczorajszej roboty, więc skręcił w kierunku Sokolskiej. Mijał studentów i kobiety dźwigające toboły z Biedronki. Tłum przechodniów był ospały, pozbawiony życia. Twarze ludzi - poszarzałe i zmęczone. Każdy zmierzał w jakimś kierunku, z jednej strony nie zważając na innych, choć z drugiej z Polską wścibskością zerkając po sobie. ''Tutaj gdzie żyjemy...'' - dalej nucił wersy, rozglądając się za poszukiwanym gagatkiem.
Omijając ulicę Sienkiewicza, od strony Sokolskiej wszedł na Opolską, licząc na to, że trefny diler gdzieś się trafi, bo to był jego rejon. Przeczucie go nie myliło. Stał w bramie oddalonej o parędziesiąt metrów. Rozmawiał z jakimś koleżką i dziewczyną, próbując coś do niej zagaić. Krime, jak gdyby nigdy nic, poszedł w jego kierunku, zakładając kastet na palce.
Diler dostrzegł go z odległości kilku metrów i z uśmiechem od ucha do ucha krzyknął:
''Seeeeemasz, mordeczko!
Krime kilkoma susami doskoczył do niego, a gdy ten zorientował się, co się święci, było już za późno. Uderzenia spadły jak grad. Jeb, jeb, jeb! Rozwścieczony napastnik w furii wymierzał ciosy w jego twarz, wykrzykując:
- Coś mi, kurwa, pedale, wcisnął?! - Dziewczyna zaczęła krzyczeć, ale Krime syknął do niej znad ofiary. - Zatkaj dupę i ciągnij stąd kichę! - Po czym zwrócił się do chłopaka stojącego jak wryty. - Ty też spierdalaj!
Zostali sami, a cała akcja przeniosła się w głąb bramy. Zawsze najpierw bił, a później rozmawiał, więc i w tym wypadku nie było inaczej.
- Co to była za koka, łajzo?! Ile jarzeniówek stłukłeś, żeby mnie tym podsypać?! - krzyczał w furii Krime. - Ile?!
- No co ty, mordeczko... tfu!... yyy... tfu!... nic ci nie wsypałem, takie dostałem... tfu!... - tłumaczył się diler, plując kawałkami zębów.
Krime wymierzał kolejne ciosy, gruchocząc delikwentowi kość policzkową.
- Mam ci jeszcze lepiej odświeżyć pamięć, gnoju?
- Człowieku, proszę cię, przestań... bo mnie zabijesz... tfu! - prosił oszust z twarzą rozbitą jak Sylwester Stallone w Rockym.
- Słuchaj mnie, łajzo! Jeszcze raz mi dasz coś takiego, a cię, ty kurwo, potnę jak świnię albo ubiję jak psa! Rozumiesz?!
- Tak... Tak... Rozumiem... Przepraszam... - skomlał przez łzy ledwo przytomny chłopak.
- Sram na twoje przepraszam! Dawaj za karę towar i siano!
- Ale mordeczko...
- Jeb! - Znowu padł cios zamieniający miazgę w papkę.
- Dobra... do... ych... dobra, mam w domu.
- Zapierdalaj! Czekam tutaj i lepiej wróć, bo jak się zwiatrujesz, to już więcej nie będę tak miły! - odparł Krime, wypuszczając jego fraki z żelaznego uścisku.
Pobity padł na beton, czołgając się i próbując nieudolnie wstać.
- Co się, kurwa, tak tarzasz?! Co, ty dżdżownica jesteś? Ruszaj dupę, bo nie mam całego dnia. Albo wiesz co, pójdę z tobą, bo ci kłamliwa kanalio, nie ufam. Sam jesteś?
- Sam... sam... mogę zadzwonić po karetkę? Patrz jak wyglądam! Połamałeś mi twarz... - szlochał przez łzy.
- Chuj mnie to obchodzi! Trzeba było nie kręcić swojaków, szujo! Rusz dupę, idziemy! - rozkazał Krime.
Pomógł wstać pobitemu dilerowi i udali się w kierunku starej kamienicy, gdzie mieściło się mieszkanie Mrówy. Na schodach sąsiadka, pod drzwiami pojąc mlekiem kota, wrzasnęła:
- Boże, Darku! Co się stało! Na Boga, jak Ty wyglądasz?!
- Koledze nic nie jest, lekko potrącił go samochód - odparł Krime, udając, że odprowadza go do domu.
- Olaboga! Dzwonię po karetkę! - P czym zniknęła w mieszkaniu w poszukiwaniu telefonu.
Mieszkanie Mrówy nie różniło się zbytnio od lokum Krime'a. Ten sam syf, podobne warunki. Szlochający Mrówa podszedł do małej lodówki, z zamrażalnika wyjął pakunek mieszczący się w dłoni i przekazał go Krime'owi.
- To wszystko co mam... Nie mam siana, bo wczoraj się rozliczyłem...
Krime - wiedząc, ze kłamie - kilka razy przytrzasnął mu dłoń drzwiami od lodówki, uszkadzając tym samym palce.
- Słuchaj, łajzo! Jest niedziela, mam dużo czasu! Dalej chcesz się bawić ze mną w ciuciubabkę?! Gdzie hajs?!
Diler zwinięty w embrion płakał jak zarzynane zwierzę, trzymając się za pogruchotaną dłoń.
- Tam są! Tam są, w barku! Ty skurwielu! Pożałujesz tego! Zobaczysz! Pożałujesz - odgrażał się przez słone łzy Mrówa.
- Dobra, nie strasz, bo się zesrasz... - odparł ze stoickim spokojem Krime, udając się do salonu.
Otworzywszy barek, zabrał plik banknotów. Barek krył w sobie również liczne fanty pozostawione przez niewypłacalnych klientów, ale jego interesowała tylko kasa. Poza tym fanty to przypał.
Po schowaniu łupów do kieszeni podszedł znowu do Mrówy i poklepując go lekko po policzku powiedział:
- Mróweczko moja, to zostanie między nami. Prawda? Wiesz, że to jest kara za ściemnianie na porcjach i narażanie szanownych klientów na problemy ze zdrowiem, bo nikt nie chce wciągać pyłu z żarówki. Zapamiętasz? Czy mamy spotkać się w takich okolicznościach ponownie?
- Nie... znaczy tak... tak... zapamiętam... - odparł, drżąc jak osika, diler.
- To tymczasem, borem, lasem! - Krime pomachał, maszerując w stronę drzwi.
Na schodach znowu natknął się na sąsiadkę, która przez szparę w drzwiach krzyczała:
- Kolega? Taaak? Ty bandyto, ty! Policja już tu jedzie! Słyszałam, co tam Dareczkowi zrobiłeś! Ty gnoju, ty!
- Pani się przesłyszała. Do widzenia pani.
- Ze stoickim spokojem opuścił kamienicę i udał się w kierunku wylotu bramy. Wiedział, że kobieta zadzwoniła po karetkę i policję, ale wiedział też, że Mrówa będzie kłamał, twierdząc, że potrącił go samochód, bo konfidenci tutaj życia nie mają. Dzielnica rządzi się swoimi niepisanymi prawami, których wszyscy muszą przestrzegać. Konfidenctwo jest niewybaczalne, nawet w takich sytuacjach jak ta. Ze strony Mrówy nic mu nie grozi, ale jeśli puści farbę, może być problem z jego dostawcami. Oko za oko, ząb za ząb jest kolejnym prawem ulicy, gdzie łańcuch pokarmowy nie różni się od zwierzęcego. Jeśli wchodzisz na ulicę, musisz się z tym liczyć. To nie dla słabych maminsynków. Tutaj rządzi prawo pięści plus układy i plecy. Jak nie masz psychiki, żeby w to grac, to haruj za 1200 zł miesięcznie. Krime nigdy nie chciał tak skończyć. Choćby miał zginać. Honor i ambicja nie pozwalały mu przyjmować poleceń.
Wracając tą samą drogą, sięgnął po papierosa. Za plecami rozbrzmiewał znajomy odgłos syren. Zaciągnąwszy się głęboko, delektował się smakiem. Smakiem życia na dzielni. Smakiem kolejnego zarobku.

















Tej nocy nie mógł zasnąć. Rozmyślał o sytuacji, podczas której ledwo wywinął się od kryminału, a może nawet od śmierci. Mieszkanie na ostatnim piętrze wieżowca służyło mu za dziuplę, w której gromadził, zrabowane dobra. Nie było w nim niczego - poza łóżkiem, stolikiem i małą komodą. Jakiś uschnięty kwiatek przy oknie, boombox obok kineskopowego telewizora połączonego z konsolą PlayStation i ogólny burdel dopełniający obraz, któremu daleko było do zasad feng shui. Wszędzie walały się śmieci i brudne ubrania. Ubikacja przypominała stajnię Augiasza, a jej użytkownik musiał zatykać nos, by podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych nie puścić pawia. Jego kobieta, a raczej latawica - jak sam zwykł ją nazywać - bywała tam rzadko, a jej lewe do roboty ręce były potwierdzeniem marnej akredytacji do bycia kimś więcej niż sporadyczną dziewczyną do łóżka.
Do mieszkania zawsze wchodził po zmroku, by nie wzbudzić podejrzeń sąsiadów, utrzymując ich w ten sposób w przekonaniu, iż lokum pozostaje niezamieszkałym.
Leżąc pod stęchłą kołdrą, wpatrywał się w odrapany sufit, analizując wieczorne zdarzenie. Nie po to, by zaprzestać procederu, ale by nie dać się więcej zapędzić w podbramkową sytuację. Wiedział, że psy na pewno już go szukają i pomimo kaptura, który trochę go maskował, policja wie, jak wygląda, więc będzie musiał się zaszyć na chwilę w mieszkaniu. Popełnił spory błąd, wybierając się na robotę w miejsce dzielące go od dziupli zaledwie parę przecznic. Na szczęście psom w centrum nie brakuje roboty, więc liczył, że zdarzenie rozejdzie się po kościach. Był przejęty jedynie faktem, iż nie czuł strachu, pokory czy obaw. Nie czuł niczego.
Obserwując dym unoszący się ze skręta, którym koił nerwy, myślał o kolejnym skoku bądź możliwości wyrwania się z marni codziennego życia w tej śmierdzącej klicie, niczym szczur. Pieniądze były jedyną rzeczą, której szczerze pragnął i to w nich upatrywał zbawcę i boga. Chciał więcej.
Od momentu, gdy matka opuściła ziemski padół, a ojciec gdzieś zniknął, coś w nim pękło i bezpowrotnie odeszło. Na darmo próbował przypomnieć sobie dzieciństwo. Ten traumatyczny okres swojego życia wymazał z głowy jak zbędne pliki zalegające na twardym dysku. Zresztą, co tu pamiętać? Twardą rękę ojca na twarzy? Matkę ledwo wstającą każdego ranka z łóżka? Czy tę obskurną alkoholową melinę, którą rodzice mieli czelność nazywać domem? Odkąd sięgał pamięcią, sam musiał sobie radzić, przepychając się przez życie łokciami. Trwało to już dobrych dziesięć lat, gdy jako trzynastolatek wylądował na bruku. Ulica była mu niczym matka, która rozumiała go bez słów, i jak ojciec, który karcił za błędy.
Pomimo losu bliskiego dnu, kochał swoje życie, choć tak naprawdę nie znał znaczenia słowa miłość. Determinacja w drodze do celu, czyli lepszego życia, była tak mocna, że wszystko inne było nieważne, nawet jeśli któregoś dnia mogło się okazać, że skończy z kulą w potylicy. Śmierć byłaby też pewnego rodzaju wybawieniem...
Gasząc niedopałek jointa, spośród opróżnionych butelek po Jacku Danielsie i wódce wygrzebał pustą paczkę po papierosach kryjącą w środku srebrne zawiniątko ze sproszkowanym substytutem szczęścia. Rozsypując kokainę na opakowaniu płyty NWA ''Straight Outta Compton'', sięgnął do zrabowanej torebki, która jeszcze wczoraj nie należała do niego, i z pliku stuzłotówek wyjął jeden banknot, zwijając go w rulon. Zgarnięty łup był mniejszy, niż zakładał, ale wystarczający na jakiś czas - pod warunkiem, że nie poleci za bardzo w balet; a to lubił prawie tak samo jak przestępczy proceder, którym się trudnił. Ten pies, który puścił się za nim, był dobrym długodystansowcem i mało brakowało, żeby go dorwał.
- Nie tym razem. - Uśmiechając się pod nosem sam do siebie, wciągnął białą kreskę, krzywiąc się, gdy śluzówkę dziurawiły drobinki pyłu z jarzeniówki. - Parszywy towar. Jebnę go w ryj, jak spotkam na dzielni - pomyślał, poprawiając drugą kreską ''na drugą nogę'', jak zwykł mawiać.
Resztki niedociągniętej substancji wtarł w dziąsła, jakby to był miód, i odpaliwszy papierosa podszedł pod okna, z którego rozciągnął się widok na panoramę Katowic. Rozsunąwszy brudne i przesiąknięte dymem firany, patrzył na miasto. Ten widok zawsze go uspokajał, ale powodował również głód władzy i posiadania. Był pewien, że przyjdzie taki dzień, iż to miasto będzie należało do niego. Dosłownie i w przenośni. Pomimo marnej pozycji w ulicznym półświatku, liczył na to, że przyjdzie taki dzień, że to dla niego będą robić, a nie odwrotnie.
Kokaina spływała mu do gardła, znieczulając jamę ustną. Euforia ogarniała jego umysł, a papieros smakował jeszcze lepiej niż zazwyczaj. Wyobrażał sobie, jak sunie nowym mercedesem klasy S przez puste ulice średnicówki przy akompaniamencie gangsta rapu z dwoma ekskluzywnymi prostytutkami na tylnym siedzeniu. W schowku obok gnata pliki dwustuzłotówek, a wszędzie, gdzie podjedzie, będą mu się kłaniać w pół. Każdy, kto mu podskoczy, z miejsca dostanie łomot, a jego ksywa będzie budzić szacunek i strach na mieście. Taki był Krime. Zepsuty i głodny nie na żarty.
Z rozmarzenia wyrwał go dzwonek starej nokii, którą regularnie wymieniał na nowy aparat, unikając w ten sposób namierzenia przez organy ścigania. Zakopana w pościeli słuchawka wyświetlała na marnej jakości wyświetlaczu literę ''W'', czyli skrót dla kontaktu jego najlepszego ziomka, Wajchy. W razie gdyby telefon wpadł w niepowołane ręce, chwilę zajęłoby policji dojście do tego, kto kryje się pod jedną z ostatnich liter alfabetu. Koka przedostała się do krwiobiegu, powodując nadpobudliwość ruchową, więc odechciało mu się spać. Postanowił odebrać telefon.
- Halo. Co tam?
- Siemasz, byku! Co się toczy? - zapytał głos w słuchawce.
- W sumie to nic nowego, siedzę na kwadracie... Lekko zaszczepiony... - odparł Krime przez ściśnięte gardło.
- No, to idealnie się składa, bo mam coś, co misie lubią najbardziej!
- Dobra, to wpadaj, ale po cichu. Nie naruchaj przypału... - instruował przyjaciela.
- Ok, będę do pół godziny. Narka!
- Nara, nara...
Z Wajchą znali się praktycznie od dziecka. Razem pierwsza bania, pierwszy skręt, pierwsze LSD i tabletki ecstasy. Pierwsza wspólnie posunięta dziewczyna i pierwsze kradzieże w sklepach spożywczych. Z wyglądu byli totalnym przeciwieństwem. Średniego wzrostu, lekko otyły Wajcha dzięki kruczoczarnej czuprynie i ciemnej oprawie oczu zawsze gromadził przy sobie płeć piękną. Był o dwa lata starszy od Krime'a i zawsze traktował go jak młodszego brata, którego sam nigdy nie miał. Dobrze zbudowany, zawsze wyglądał schludnie, jak Anglik z drużyny rugby noszący się w koszulkach polo. W przeciwieństwie do Wajchy Krime był szczupłym, wysokim szatynem, wiecznie w tym samym ''czarnym mundurku'' i znoszonych butach sportowych. Znacznie różnił ich również charakter. Wajcha był zawsze uśmiechnięty jak Joker, wiecznie tryskający humorem o aparycji prowadzącego teleturniej, gdy Krime był typem zamyślonego mruka o aspołecznym charakterze - poprzez impulsywność i nagłe napady agresji. Krime'owi te różnice nigdy nie przeszkadzały i od momentu poznania zostali najlepszymi kumplami, a w późniejszym czasie - wspólnikami. Gangsterski Flip i Flap rodem z XXI wieku.
Razem z Markiem, bo tak miał na imię Wajcha, doświadczyli ulicy w pełnym tego słowa znaczeniu. Ramię w ramię przekonali się o znaczeniu słowa ''braterstwo'', nieraz wystawianemu na próbę. Mieli tylko siebie i zasady. Uliczne zasady niemające nic wspólnego z normami moralnymi przeciętnego obywatela. Lojalni wyłącznie w stosunku do siebie, niczym głodne samotne wilki przemierzające asfaltowe prerie i betonowe lasy.
Krime był dłużnikiem honorowym Wajchy. Podczas jednego z napadów na lokalnego dilera, w celu zagrabienia jego narkotyków i gotówki, okazało się, iż atrapa broni, którą się posłużyli, nie wystarczała, by skłonić go do oddania towaru. Diler, nie dość, że był nasterydowany do granic możliwości - co uczyniło z niego mutanta - to nie szczędził sobie używek. Koktajl medykamentów i dragów sprawił, iż jego poziom agresji porównywalny był do czasów aktywnej Etny albo psychopaty pod wpływem PCP. Rozwścieczony do granic możliwości kafar rzucił się na Krime'a, nie zważając na atrapę broni, która w ferworze walki wypadła mu z ręki. Jego pięści były jak młoty i gdyby nie interwencja Wajchy, pewnie zatłukłby go na śmierć. Uwolniwszy się z łap karka, oprawcy zamienili się w ofiary, rzucając się do ucieczki, lecz diler nie myślał, by puścić im płazem próbę obrabowania go. Dobył broni z szafki i zaczął do nich strzelać jak do kaczek. Choć wyrafinowanym strzelcem nie był, ranił Krime'a w nogę, ale Marek po raz drugi tego wieczoru zachował się jak na wspólnika przystało i nie zostawił przyjaciela w opresji - na barana zaniósł go w krzaki, w których udało im się ukryć. Tamtej nocy przypieczętowali swoją przyjaźń jak braterstwo krwi - przy użyciu scyzoryka - a blizna na łydce do dziś przypomina Krime'owi, że zawsze ma na kogo liczyć. Cała sytuacja nauczyła również młodych panów, aby zainwestować w prawdziwe pistolety i ostre naboje i by nie wypuszczać się więcej na grubego zwierza z plastikiem na kapiszony.
W oczekiwaniu na wspólnika opróżnił do reszty srebrny pakunek, co sprawiło, że wyglądał jak sowa. Świadczyło to również o dodatkowej zawartości amfetaminy bądź efedryny w specyfiku, który był ponoć w osiemdziesięciu procentach kolumbijskiego pochodzenia. Okazał się jednak krajowym miksem z domieszką koki.
- Ja temu dilerowi pokażę, co to Kolumbia, jak go dorwę - pomyślał poirytowany.
Pukanie do drzwi na nutę piłkarskiego ''Ole, ole, ole'' świadczyło, iż pod drzwiami stoi Wajcha, więc gospodarz szybkim krokiem podszedł do drzwi, przez judasza upewniając się, że wpuszcza właściwą osobę.
- No, siemasz, wariacie, mordeczko ty moja przebrzydła! - Od progu krzyczał Wajcha z butelką Jacka Danielsa w dłoni.
- Weź, zamknij ryj, bo sąsiadów obudzisz - syknął Krime, uściskawszy przyjaciela.
- Co robimy? Co robimy? Ja Ci powiem, co robimy! Ubierasz się i lecimy do Kosmatego, do baru, bo dzwonił, że znajdują się tam miłe panie, czytaj kurewki, więc lecimy, lecimy, nie śpimy! - zachęcał równo ''wystrzelony'' jak pocisk Wajcha.
- Kurwa, Maruś, nie chce mi się... Myślałem, że zamulimy u mnie na plejaku, powciągamy coś i pójdziemy nad ranem w kimę...
- Ty, weź nie świruj mi tu pawiana i sznuruj skoki, bo noc jeszcze młoda, a tutaj i tak skończymy z porannymi ptaszkami.
- ...dobra, ale weź coś posyp, bo usypiam. - poprosił Krime z oczami jak pięciozłotówki.
- Mówisz i masz. Daj jakiś podkład i może byś wreszcie ogarnął ten bajzel, bo tylko gówna tutaj brakuje - szydził przyjaciel, rozglądając się z kwaśną miną po mieszkaniu.
- Nie cyndol, jest jak w pałacu. - Zarechotali oboje.
Podczas ''kreślenia'' białych linii Krime opowiedział Markowi o wieczornym zajściu.
- Czaiłem się długo na tę starą z monopolowego, bo wiedziałem, że ma dobre utargi i wszystko poszłoby gładko, gdyby nie napatoczyła się psiarnia. Akurat jak waliłem w szybę, to przejeżdżały zenki i jeden z nich puścił się za mną. Skurwysyn był tak szybki, że na każdym winklu był coraz bliżej, a wiesz, że ja też zapierdalam całkiem nieźle. No i lecę, i lecę, a ten, kurwa, kundel dalej za mną. I widzę, że mnie dochodzi, a ja czuję, że zaraz się zrzygam. Przez to wczorajsze ćpanie myślałem, że zjadę, no i w końcu musiałem się zatrzymać. A ten już zza pleców drze pizdę ''stój bo strzelam''. No to mówię: ''Chuj! Kaplica albo pucha''. No ale stoję z tą samarą w dłoni, bo wiadomo, że nie puszczę siana, he, he!, i czekam, że może jakoś się fartnie i się zerwę. Czaisz, że jego przydup chciał zajść mnie od drugiej strony, ale tępy, jak każdy kundel, tak podjechał furą, że zasłonił tamtego. To dało mi moment, żeby się zwiatrować. Zaczęli do mnie grzać, pach, pach, pach! Ale wiesz, że jak ja lecę, to mnie kule nawet nie dogonią, he, he! Skitrałem się w tłumie jakiejś procesji i tyle mnie widzieli.
- Kurwa mać! No, to ładnie! Dobrze, że nic ci nie jest, brachu! A kasa? - zapytał dociekliwie Wajcha.
- Wszystko jest. - Krime mrugnął okiem. - Ponad dyszka, he, he! Mam też coś dla ciebie, na farta. - Uśmiechnął się, rzucając jak frisbee rulonem zwiniętych banknotów.
- No, to pięęęknie! Dziękówa, bracie! W takim razie, panie zarobas, dwa szczurki dla mnie i dwa... No, może trzy dla Ciebie! - rzucił Marek z uśmiechem godnym Zygmunta Hajzera.
- Dawaj! Wal i lecimy, bo zaraz mi się odechce... - wymruczał Krime.
- Podano do stołu! - Gestem kelnera zaprosił Wajcha.
Po opróżnieniu worka i kilku głębszych whiskey Krime narzucił swoją ulubioną czarną bluzę z kapturem i zasznurował znoszone czarne Air Maxy 90. Nie zapomniał o czapce z daszkiem, która kolorem nie odbiegała od reszty stroju. Gdyby nie ledwo widoczna spod kaptura twarz, ktoś mógłby wziąć go za murzyna, ale jak twierdził, to jest jego kamuflaż miejski i ''chuj komu do tego''. Wykonując nerwowe, nieskoordynowane ruchy żuchwami, wymsknęli się z mieszkania cicho jak złodzieje. Całą konspirę zakłócało rechotanie Wajchy, ale choć podnosił Krime'owi ciśnienie, to nie zamieniłby tego świra na nikogo innego. Prawdziwi przyjaciele do grobowej deski.
Pod klatką czekała na nich taksówka - butelkowy peugeot 406, a w nim zaznajomiony taryfiarz, który w razie czego milczałby jak grób. Młode wilki w drodze do pubu czuły się na tyle swobodnie, że nie żałowały sobie towaru wciąganego wprost z woreczka. Mijając kamienice i osiedla, Krime w pewnym momencie zamilkł i - jak po naciśnięciu przycisku ''mute'' - przestał słyszeć anegdoty wymieniane między pasażerami.
Znowu myślał o lepszym życiu, do którego to drogę musi znaleźć jak najszybciej. Za wszelką cenę. Te marne grosze z różnych źródeł nie doprowadzą go na szczyt łańcucha pokarmowego, dlatego trzeba polecieć grubo.
Gdy miasto pogrążone było we śnie, on planował. Jego życiem rządziła zbrodnia, niczym nadany mu przydomek pisany przez K.
Tego wieczoru powietrze, zamiast życiodajnymi proporcjami pierwiastków, karmiło płuca szkodliwymi substancjami unoszącymi się nad centrum Katowic. Toksyczna mikstura wydobywająca się z samochodowych katalizatorów osiadała na spoconej skórze, wabiąc muchy niczym słony łep. Kulawy pies dojadał na chodniku resztki jedzenia znalezionego w pobliskim śmietniku, a leniwe koty wylegiwały się na pokrytych sadzą parapetach. Dodatkową atrakcją dla nozdrzy był smród fekaliów stojący w miejscu, jak i ten menel oparty o bramę, który majaczył pod nosem do mijających go obojętnie przechodniów: ''Może ma pan drobną złotówkę lub dwie...''
Piękno otaczającego krajobrazu dopełniały krzyki dobiegające z ciasnych mieszkalnych klitek, gdzie z niewiadomych przyczyn ojciec terroryzował rodzinę żołnierskim pasem, pytając grzecznie: ''Dlaczego, kurwa jego mac, zupa jest za słona?''. Piękno śląskich realiów w czystej, a raczej brudnej, postaci. Nic dodać, nic ująć..
***
On siedział w bezruchu. Wtopiony w betonowy krajobraz - jak kameleon, który zapomniał że oprócz czerni istnieją kolory. Czekał. Nie były w stanie rozproszyć go nawet dzieciaki ganiające się z pistoletami na wodę. Cierpliwie, jak śmierć, czekał.
Spod kaptura błyszczały dwa szmaragdy, hipnotyzując blaskiem odbitego w nich wschodzącego księżyca w pełni. Oddychał wolno i miarowo, niczym wilk czyhający w zaroślach na ofiarę, który pomimo głodu zachowuje zimną krew. Tego łowcy jednak nie interesowała krew. Ściskając w dłoni metaliczny przedmiot, wpatrywał się w cel, od którego nic nie było w stanie go odciągnąć.
Po drugiej stronie ulicy Słowackiego kończył dzień pracy właścicielki sklepu monopolowego, zaliczającego jak co weekend spory utarg. Kobieta zbijała fortunę na młodzieży oraz stałych bywalcach raczących się całym wachlarzem trunków wyskokowych nabytych w drodze do pobliskich klubów lub obalanych po sąsiedzku. Miała już serdecznie dość tego starego klarneta, który za wyżebrane pieniądze pił litrami tanie wino ''Patykiem pisane''. Na domiar złego męczył jej uszy tanimi komplementami podkreślającymi jej urodę - choć wiedziała, że lata świetności ma już dawno za sobą. Z drugiej strony schlebiały jej te epitety, bo jej stary dawno zapomniał języka w gębie, o reszcie nie wspominając.
- Pani Halinko, hep! ja dla pani to bym wszystkie gwiazdy z nieba ukradł, hep!, i dał w prezencie, hep!. Niech pani słowo powie, a zaniosę do auta na rękach, hep!
- Pan byś nawet sam się nie dotoczył do mojego samochodu, panie Mietku, więc niech pan lepiej idzie spać, póki kobita jeszcze chce na pana patrzeć.
- Eee tam! Moja to już dawno gdzieś w długą poszła, hep!, z tym kacapem spod szóstki, ale ja mu jeszcze, gnojowi, pokażę, hep!, gdzie raki zimują... ''Sieeedem dziewcząt z Albatrosa tyś jeeedynaaa, dziś pozostał mii po tobie, hep!, smuuuutek żaaal...''.
- Dobranoc, panie Mietku! - odparła, przekręcając gerdę w zamku, po czym skierowała się w stronę starego opla, który już za czasów RFN-u ledwo zipał.
Utarg, jak zawsze, niosła w torebce. Namierzenie w niej kluczyków - pomiędzy tuszami do rzęs, szminkami i całą stertą zbędnych przedmiotów, o których posiadaniu już dawno zapomniała - było nie lada wyczynem. Podczas niezdarnych prób wyłowienia pęku część kobiecego dobytku wypadła na chodnik, więc natrętny Mieczysław już rozpędzał się z pomocą. Niestety potężna, wysokoprocentowa siła niczym magnes ściągnęła go z linii prostej na manowce w postaci krawężnika, z którego poleciał na łeb na szyję. Będąc jednak doświadczonym ''sportowcem'', zastosował jeden z padów ratujący nos przed którymś z kolei złamaniem. Na Halinie nie zrobiło to szczególnego wrażenia, bo wiedziała, że ten podstarzały amant ma więcej żyć od podwórkowego kota, skupiła się zatem na skolekcjonowaniu drobiazgów, które wypadły jej z torebki. Od samochodu dzieliło ją kilka metrów. W jej głowie już się rozgrywał kolejny odcinek ''Na Wspólnej'', ale aby faktycznie go obejrzeć, musiała jeszcze dotrzeć do domu, po drodze zatrzymują się przy wpłatomacie.
Gdyby tylko miejski zgiełk nie uśpił jej czujności...
***
Ksywę ''Szybki'' dostał od kolegów na AWF-ie, gdzie studiował, zanim się dostał do szkoły w Szczytnie. Nigdy nie był szczególnie lubiany ze względu na zachowania zalatujące przesadnym heroizmem - typu kablowanie wykładowcy, kto ściągał na kolokwium, albo pędzenie na ratunek mruczkowi niepotrafiącemu zejść z drzewa. Największą zaleta Szybkiego było to, że byt faktycznie szybki. Cholernie szybko biegał. Wygrywał wszystkie biegi krótkodystansowe, tak jak maratony, a dzięki zwinnym nogom, migiem - jak gazela - uzyskał stypendium. Zwinność w połączeniu z charakterem przykładnego obywatela doprowadziła go do celu, wymarzonego za dzieciaka, czyli zawodu policjanta. Stwórca nie obdarzył go dedukcją godną Sherlocka Holmesa, ale głupi też nie był, więc z drogówki sprawnie ''dobiegł'' za biurko. Papierkową robotą nudził się aż nadto, więc poprosił o przeniesienie w teren, aby móc zostać prawdziwym ''chartem''. Łapanie złodziei stało się jego specjalnością. Los zawsze stawiał mu na drodze jakiegoś dziesioniarza bądź kieszonkowca gdzie mógł wykazać się szybkością przebierania nogami. Jako że uliczna reprezentacja z kondycją stała gorzej, Szybki - w tempie swego pseudonimu - stał się prawdziwym ''psem'' z zasługami. Biały Usain Bolt z odznaką. Klimatyzacja w srebrnej kii jak zawsze była nienabita. Pomimo doskwierających upałów, był to zbędny luksus, na który budżet państwa nie pozwalał. Wyposażenie polskiego ''charta'' było skromne w porównaniu do kolegów z zagranicy, ale Walther P99 był wystarczającą pukawką na rodzimego złodziejaszka z radiem pod pachą. Na poważniejszych bandytów Szybki, jak i jego broń, był na razie za krótki. Tego wieczoru jak zwykle pełnił służbę z partnerem siedzącym za kierownicą, Wojtkiem Zawadzkim. Znali się od kilku lat i wspólnie przeżyli wiele interwencji pieczętujących przyjaźń. Mogli na siebie liczyć, z tym, że Wojtek potrafił dobrze kręcić kółkiem, gdy Jacek Paskułka aka Szybki był niczym Forrest Gump. Rówieśnicy po trzydziestce uzupełniali się wprost idealnie.
- Mówię Ci, Wojtku, nasi to grają, jakby chcieli, a nie mogli. Obrona kuleje, a atak ciągle niewystarczająco nagina do przodu, żeby wreszcie strzelić jakąś bramkę. Jedynie Lewy coś gra. Ciągle liczę na to, że wreszcie zajdziemy gdzieś dalej niż rozgrywki krajowe - mówił z nadzieją Szybki.
- Aaa... szkoda gadać. Anka ciągle się złości, że nie ma mnie w domu i że pracuję po nocach, ale ciągle jej tłumaczę, że te pieniądze z nocnych zmian są nam potrzebne, bo lada moment małego trzeba będzie wysłać do przedszkola. Myślę, że martwi się o mnie, ale... Ty, lepiej słuchaj tego!
- ''Skazany na śmierc bandyta uciekł z aresztu. Szeryf rozesłał do sąsiednich miejscowości zdjęcia przestępcy: z przodu, z lewego i z prawego profilu. Nazajutrz ze wszystkich miasteczek przyszły odpowiedzi: Zdjęcia otrzymaliśmy. Wszystkich trzech zastrzeliliśmy''.
Pomiędzy streszczeniem wczorajszego - przegranego meczu reprezentacji biało-czerwonych a głupimi żartami o kowbojach i Indianach otrzymali koordynaty patrolu centrum, gdzie często dochodziło do rozbojów i kradzieży. Idealna robota dla dwóch tajniaków. Rechocząc z żartu, który nie roześmiałby nawet gimnazjalisty, skręcili w Słowackiego. W oddali dostrzegli zakapturzoną postać ubraną na czarno, która w szybkim tempie przekroczyła jezdnię, wykonując ręką zamach w kierunku stojącego na ulicy samochodu. To był ten moment, gdy białko ścina się w mięśniach. Szybki już ustawiał się do wylotu.
***
Łowca spokojnie obserwował ofiarę, czekając na dalszy bieg wydarzeń. Aorty pompowały coraz większą ilość krwi w kierunku mózgu. Dobrze znał ten szum w uszach. Dzięki niemu wiedział, że żyje, a adrenalina karmiła codziennie jego ciało, by nie zasnąć w tym świecie żywych trupów. Scenariusz znał na pamięć, bo przychodził w to miejsce wielokrotnie, obserwować ''łanię'', choć lepszym określeniem było ''hipopotamicę'' z gracją słonia. Jak zawsze opóźniał ją ten stary pryk, co to poza jabcokiem świata nie widzi i jest na tyle cwany, że wie, jak przysłodzić, by wyrwać coś taniej. A w dupie mógł zmieścić sporo. Na szczęście kobieta szybko go spławiła, a zmęczenie i rutyna uśpiły jej czujność. Łanipotam szedł prosto w pułapkę. Doświadczenie kazało łowcy czekać, aż ofiara spokojnie wsiądzie do samochodu i odłoży torebkę na siedzenie pasażera. Gdy nadszedł właściwy moment, poderwał się na nogi. Wykorzystując chwilę, gdy kobieta sięgała po pasy bezpieczeństwa, wystrzelił przez ulicę jak strzała. Z całych sił zacisnął pięść, w której znajdował się srebrny kastet. Jednym uderzeniem roztrzaskał szybę w drobny mak. Mimo bólu w nadgarstku, nawet nie syknął i szybkim ruchem zgarnął torebkę. Przerażona kobieta krzyczała o pomoc i ratunek, ale lament nie zrobił wrażenia na znieczulonych przechodniach. Miał w zębach to, na co tak długo czekał i nikt mu tego nie odbierze. Jeszcze tylko parę susów przez podwórko do bramy przelotowej, gdzie bezpiecznie przedostanie się na drugą stronę kamienicy... ale kątem oka ujrzał srebrną kię pędzącą w jego kierunku.
- Kurwa, co za niefart! - pomyślał, szykując się na szaleńczy bieg; bieg ku wolności.
Szybki wyskoczył z toczącego się jeszcze samochodu z okrzykiem na ustach:
- Stój, policja! - I podążył sprintem w kierunku podwórka, gdzie mignął mu zakapturzony uciekinier.
Zdążył tylko odwrócić głowę, by sprawdzić, co się dzieje z osobą w samochodzie, ale gdy spostrzegł, że poszkodowaną kobietą zajmuje się jego partner, oddał się pościgowi. Kilkoma susami przebył drogę przez plac do muru, na który wdrapał się bez problemu, jednak podczas przeskoku wypadł mu z kieszeni telefon.
- Trudno!
Złodziej miał lekkie fory, ale węch i instynkt charta prowadziły Szybkiego we właściwym kierunku. Domyślał się, że ma do czynienia z zuchwalcem, który porwał torebkę, więc łup na pewno go spowolni. Przelatując przez klatkę schodową kamienicy, wybiegł na równoległą ulicę i przez chwilę nawiązał kontakt wzrokowy, ale złodziej znowu zniknął mu za rogiem. W myślach powtarzał tylko:
- Lewa prawa, lewa prawa, lewa prawa... - Jakby kończyny były posłuszne rytmowi wypowiadanych w głowie słów.
Przyspieszał. Serce osiągnęło właściwy rytm, niczym podtlenek azotu dostający się do cylindrów silnika, i biegł jeszcze szybciej. Wiedział jak rozłożyć siły i prawidłowo oddychać, by nie paść po kolejnych metrach. Za kolejnym rogiem wybiegł na długą prostą i wtedy go dojrzał. Wysoki, szczupły, wyraźnie zasapany, ale dalej, twardo, nie chciał się poddać, choć nie miał gdzie uciec, bo wzdłuż obydwu stron ulicy ciągnął się mur. Po raz kolejny wrzasnął: ''Stój, policja!'', ale ta próba wypompowała tylko cenne powietrze z jego płuc. Oddał w powietrze strzał ostrzegawczy, ale na zakapturzonym człowieku nie zrobiło to większego wrażenia, tylko dało mu do zrozumienia, że pościg się zbliża coraz większymi krokami, a następny pocisk powędruje w kierunku jego ciała.
Czekał na moment, gdy złodziej wystawi się na pozycję lepszą do strzału. Kiedy poczuł, że zaczyna brakować mu sił, zatrzymał się, przyklęknął, dobył broni i starając się uspokoić oddech, wycelował w postać pląsającą jak piłka w Arkanoidzie.
- Tylko spokojnie! - nakazał sobie w duchu.
Ale ruchliwość czarnego punktu przed muszką nie pozwoliła nacisnąć na spust, poza tym ulica była pełna przechodniów, co uniemożliwiało oddanie strzału. Stracił cenne sekundy, więc nie tracąc kolejnych, szybkim ruchem odłożył broń do kabury i rzucił się w dalszą pogoń. Sprint przeistaczał się w maraton i wszystko zależało od tego, jak rozplanuje siły. Miał tylko nadzieję, że tamten nie żałuje sobie używek, a jego serce jest bliskie zawału.
- Lewa prawa, lewa prawa, lewa prawa... - powtarzał niczym mantrę krzepiącą nogi.
Liczył na kolejną szansę na oddanie strzału, ale wiedział, że tym razem nie może się zawahać. Czekał na idealny moment.
- Lewa prawa, lewa prawa, lewa prawa...
Uciekinier zaczynał już wyraźnie słabnąc, a dystans pomiędzy nimi się zmniejszał. Jeśli nie zatrzyma złodzieja na kolejnych metrach, to możliwe, że ten zniknie pośród labiryntu zaułków i przecznic starego miasta i więcej go nie zobaczy. Teraz albo nigdy.
- Stój, bo strzelam! - Poprzez świszczący oddech własnych tchawicy i breakcore'owego rytmu serca usłyszał za plecami uciekinier. Wiedział, że po tej komendzie pocisk zostanie skierowany w jego nogi bądź plecy. Skamieniał. Choć kilkugramowa torebka ciążyła mu jak stukilowy balast, mocno trzymał ją w dłoni. Prędzej padnie trupem, niż odda to, na co tak długo polował. Myśli zalewały mu umysł niczym spiętrzony wodospad. Ten pies był zawzięty i nie chciał odpuścić. Mimo iż z młodzieńczych lat utrzymał kondycję zapaśnika, wiedział, że nie będzie już w stanie zgubić policjanta w klasycznym biegu.
- Myśl, synek, i to szybko - ponaglał się niewerbalnie.
Każda sekunda działała na jego niekorzyść. Kolejny dziewięciomilimetrowy pocisk przesuwał się do komory spustowej. Z drugiej strony miał chwilę na regenerację i czas na to, by pomyśleć, co dalej. Stał plecami do wylotu lufy i nie wiedział, jaka dokładnie odległość dzieli go od tajniaka. Szybko dotarło do niego, że jeśli czegoś nie wymyśli, to może na kilka lat pożegnać się z wolnością albo skończyć jak paru ziomków, co myśleli, że są szybsi od ołowiu. Nie ściągając z głowy kaptura, wolno obrócił się w kierunku źródła okrzyków dedykowanych jego osobie. Był na skraju wyczerpania i choćby chciał, nie byłby w stanie wydobyć z siebie niczego poza niestrawionym obiadem od chińczyka - resztkami silnej woli pohamował odruch wymiotny.
Od policjanta dzieliła go odległość nie większa niż sto metrów. Tamten był wysportowanym brunetem o lekkoatletycznej postawie i miał się dużo lepiej od niego - choć mocno zmęczony, mierzył stabilnie. Lufa skierowana w jego pierś uświadomiła mu, gdzie celuje przeciwnik.
Policjant ponownie nakazał odłożyć torebkę na ziemię i unieść ręce wysoko do góry.
- Kurwa! Co robić? - pomyślał w popłochu. - Przecież jeśli się poruszę,wychylając w którymkolwiek kierunku, to w najlepszym wypadku obudzę się w więziennym szpitalu na Mikołowskiej albo skończę jak paru ziomków, co myśleli, że są szybsi od ołowiu.
Rzucił torebkę na prawą stopę, która była wysunięta bardziej do przodu, a ręce wzniósł w kierunku nieba, licząc na jakiś cud. Sekundy zamieniły się w minuty, a ulica opustoszała. Ludzie na ulicy rozproszyli się, spłoszeni wystrzałem, i tylko jakieś stare dewoty obserwowały całe zdarzenie zza firanki. Zrozumiał, że jest w sytuacji bez wyjścia...
- Kurwa, a było już tak pięknie! - pomyślał Krime.
Na bucie spoczywa ''rolada'', a on jest bezsilny w obliczu narwanego tajniaka, spragnionego kolejnego awansu - niczym pies czekający na kotlet wołowy po całym życiu wcinania ''Chappi''. Kiedy już chciał spełnić kolejny rozkaz i położyć się na asfalcie, wsparł ręce na kolanach, jakby chciał zwymiotować, gdy z lewej strony skrzyżowania dobiegł znajomy dźwięk policyjnej syreny. Majacząca w oddali błękitna poświata potwierdziła jego obawy. Jedzie wsparcie.
- ''No i, w pizdu, wylądował!'' - zacytował w myślach Siarę z ''Killera'', pogodzony z tym, że jednak dziś już kolacji w domu nie zje.
Przed oczyma przeleciały mu wszystkie niespełnione marzenia. W umyśle pojawiły się obrazy z życia, które w zawrotnym tempie męczyły go jeszcze bardziej niż kolka.
- To koniec... - pomyślał.
Akcja toczyła się dalej w zwolnionym tempie. Srebrna kia zbliżała się coraz bardziej. Zamiast zahamować po lewej stronie zatrzymanego, stanęła prosto przed nim, czyli centralnie na linii strzału broni Szybkiego. Kierowca samochodu nie wiedział, gdzie znajdował się jego partner, bo wyjechał z ciasnej ulicy i całą uwagę skupił na podpartej zakapturzonej postaci.
- Tępaki. Za takie mądrale uczciwi ludzie płacą podatki, a ci popełniają podręcznikowe błędy. - Nie zastanawiając się zbyt długo, podrzucił stopą torbę do góry, jak dryblujący Pele, i wykorzystał tych kilka sekund, rzucając się ostatkiem sił do ponownej ucieczki.
Kierowca, łapiąc się w końcu na swoim błędzie, skierował pistolet w stronę farciarza i bez żadnej komendy zaczął opróżniać magazynek w kierunku wycieńczonego młodzieńca. Zatrzymał palec dopiero wtedy, gdy zza rogu prostopadłej przecznicy wyłoniła się procesja Bożego Ciała. Czarny strój zlał się z uczestnikami uroczystości i przepadł gdzieś pośród coraz większej ilości ludzi zalewających ulicę. Policjant zauważył tylko palec - środkowy palec uniesiony jak hostia ponad głowami wiernych.
Strona główna

Rozdziały

1. Prolog
2. Mów Mu Krime
3. Na Dzielni
4. Lolita
5. Kwaśny Wypad
6. Dorwać Chudego
7. Latawica
8. Gra Warta Świeczki
9. Zwierzę
10. Lot Feniksa
11. Licz Do Stu
12. Leśne Manewry
13. Sezamie Otwórz się
14. Dzień Dobry Skowronku
15. Raciborska
16. Będzie Mega
17. Gorączka Sobotniej Nocy
18. Pech Chodzi Trójkami
19. Coś Tu Śmierdzi
20. Na Cztery Łapy
21. Kraina Nutki
22. Licho Nie Śpi
23. Gdy Będzie Za Późno
24. Przeznaczenie
25. Szczur We Mgle
26. Puzzle
27. Szczęście W Nieszczęściu
28. Szkoła Śniących
29. Łep
30. Promienie
31. Słońce Za Chmurami
32. Dopóki Śmierć Nas Nie Rozłączy

Copyright © 2016 Krime Story. Created By OddThemes & Distributed By Free Blogger Templates